Młodzi Tytani
RSS
 

Rozdział 41 – Nie rozdrapuj starych ran…

25 lip
                                                  Julia:
        Podniosłam się z własnego legowiska. Ostatni raz dotknęłam opuszkami palców miękkiego materiału poduszki, wtulając w nią głowę. Bez zbędnych ceregieli naciągnęłam na nogi wytarte dżinsy koloru głębokiej czerni. Zdjęłam koszulkę, która służyła mi dzisiejszej nocy za pidżamę i włożyłam biały T-shirt z kolorowym nadrukiem. Rozczesałam kilka pasm włosów. Ostatni raz spojrzałam w lustro, wiszące na ścianie, upewniając się, czy wyglądam dosyć znośnie. ,,Nie jest źle” – pomyślałam oraz wolno opuściłam swój pogrążony w chaosie pokój. Później będzie czas na porządki.
          Jeszcze wczoraj żegnałam Caxi na lotnisku. Objęła mnie mocno swymi bezpiecznymi ramionami, a ja odwzajemniłam uścisk. Dziewczyna w popłochu pobiegła do samolotu, machając ostatni raz na pożegnanie. Sama czułam pewien rodzaj tęsknoty, jakby nieznośna nuda nie chciała mnie opuścić, więc jak on to odczuł?
         Obróciłam się na pięcie, podchodząc do drzwi z napisem: ,,Robin”. Dlaczego my nawet nie znamy swoich prawdziwych imion? Wydaje mi się to dosyć żałosne, aczkolwiek pomaga zachować anonimowość. Wśród własnych przyjaciół…
     Otworzyłam je cicho i weszłam do środka. Jak zawsze panował tu idealny porządek. Zdążyłam już do tego przywyknąć… Na posłanym łóżku siedział Robin, podnosząc pytająco brew. Robił to w taki charakterystyczny sposób, bardzo mnie irytujący. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Może nie jest w najlepszym nastroju na pogaduchy.
- I jak? – spytałam, podchodząc bliżej.
- Wszystko w porządku – oznajmił, uśmiechając się delikatnie.  
       Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo one sprawiają mi przyjemność. Chyba nawet moje kąciki ust podniosły się nieznacznie. 
        Zatrzymał wzrok na mojej twarzy, przypatrując się jej uważnie. Na oczach miał swoją maskę, więc nie wiedziałam jaki miał w tym cel. Oczy odzwierciedleniem duszy…
- Chodźmy coś zjeść – powiedział, powstając z miejsca. 
Obaj wyszliśmy na korytarz. Przez pewien czas szliśmy w milczeniu. Dopiero po chwili zabrał głos, czego się nie spodziewałam.
- Musiała wyjechać – nieprzerwanie kroczył na przód, pochylając głowę ku ziemi.
- Wiem – odpowiedziałam.
        Caxi była poszukiwana. Wcześniej przecież zabijała, kradła i nie kryła się z tym w ogóle. Albo po prostu nie mogła. Miała ludzi położonych nad sobą. Jednak w końcu zrezygnowała, teraz postanowiła zacząć nowe życie. Nie dziwię jej się. Ja przecież też się o to starałam. Nie raz…
        Weszliśmy do kuchni. Zrobiłam sobie kilka kanapek, zjadłam je i przemknęłam prędko przez korytarz, prosto do pokoju.
        Uważnie przyjrzałam się wnętrzu. Cała podłoga wypełniona niepotrzebnymi rupieciami, na biurku równie nieprzydatne rzeczy, a komoda… Zmrużyłam niebezpiecznie brwi, zagryzając dolną wargę. Podeszłam bliżej mebla. Na brązowej, matowej powierzchni leżało jakieś małe zawiniątko, opakowane w biały papier. Odpakowałam je bez zastanowienia.
        Moim oczom ukazała się mała, srebrna płyta, o lśniącej wieloma kolorami powierzchni. Przez dobrą chwilę wpatrywałam się w nią z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Niespokojnie przewróciłam ją w dłoniach. Z tylnej strony przyklejona została kartka z nieczytelnym napisem. Oczywiście dla kogoś, kto widział go pierwszy raz. Ja go znam aż za dobrze…
                                                     ,, Spóźniony prezent urodzinowy. 
                                                                    C”
        Ach, no tak… Niedawno miałam urodziny… Nie wiem, o co tu może chodzić, ale jedno jest pewne – to nic dobrego. To wiadomo z doświadczenia. Na moje 7 urodziny miałam przyjemność obserwować morderstwo człowieka. Wolne i okrutne.
        Otworzyłam laptop i włożyłam płytkę w wyznaczonym miejscu. Usłyszałam cichy szmer odtwarzanej płyty. Ściszyłam trochę głośność nagrania, nikt nie mógł tego widzieć.
       Na ekranie widniała blada postać, cała we krwi. Białe kości przeszywały jej ciało, miała wiele złamań zewnętrznych. Gardło zostało podcięte, a ze środka lała się szkarłatna ciecz. Szyja przewiązana sznurkiem. Wisiała nad tą przeklętą jamą.
        Zacisnęłam pięści, tłumiąc emocje szalejące wewnątrz mnie. Napięłam wszystkie mięśnie, dotykając drżącą i jakże chłodną dłonią blizny na szyi. Nie odrywałam wzroku od tego widoku. Dookoła rozszedł się cichy szept.
- Przyjdź do centrum miasta. Dzisiaj o 23. Chyba nie chcesz, by twoim przyjaciołom coś się stało, co?  
        Pospiesznie wyłączyłam nagranie i usiadłam na krześle. Dobrze pamiętałam to wydarzenie. Przez tyle lat…
        Wisiałam w tamtym miejscu po tym, jak Cristin postanowiła przeciąć mi gardło w swoim zdenerwowaniu. Czynność ta była zamierzona, to taki rodzaj treningu, jaki stosowała dla zwiększenia odporności na ból. Rana goiła się powoli, a ja musiałam to znosić przez 10 dni. Tylko Jamy Łazarza utrzymywały mnie przy życiu. Kiedy cały proces gojenia zakończył się, resztkami sił uciekłam od niej. Sama nie mam pojęcia, jak to zrobiłam. Obiekt był dokładnie strzeżony. No i ona mnie obserwowała…
       Pokręciłam przecząco głową. Nie warto rozdrapywać starych ran. Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej pas z bronią. Wieczór zbliża się wielkimi krokami.
                                                                             ~~&~~
                                                   (narracja trzecioosobowa)
     Całe pomieszczenie wypełniło się głośnym wyciem alarmu. Mimo iż ten nieznośny dźwięk obijał się o jego uszy, on wstał powoli z kanapy oraz podszedł wolnym krokiem ku urządzeniu. Usiadł na obracanym krześle, skupiając całą uwagę na ekranie komputera.
        Rój okradał sklep jubilerski. Sam fakt, że jakaś przestępczość dała w końcu o sobie znać, była dość dziwna. Przez kilka tygodni w   mieście panował idealny ład i porządek. Czyżby złoczyńcy nagle obudzili się ze snu zimowego?
        Podniósł głowę znad monitora, widząc całą drużynę w komplecie. 
- Rój atakuje – oznajmił spokojnie.
        Wszyscy automatycznie ruszyli ku wyjściu, wznosząc falę różnorodnych emocji. Tylko nie Julia, która spoglądała na niego uchyłkiem. Jej przepraszający wzrok iskrzących gałek ocznych skupił wystarczająco jego uwagę. Zatrzymał się, obserwując uważnie dziewczynę.
- Ja nie idę.
        Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, doczekując się wyjaśnień. Julia schyliła głowę, a jej blond włosy runęły razem z nią w  dół. Ledwo widocznie zacisnęła pięści, uderzając rytmicznie butem o wełniany dywan.
- Czemu? – odrzekł krótko, świdrując jej drobną postać swymi stalowymi oczyma.
        Wiedziała, że nie może wytłumaczyć się jakimś skaleczeniem, bólem brzucha, urazem kostki, bo on zaraz chciałby to sprawdzać. Gdyby jednak wypowiedziała coś w stylu: ,,Jestem zajęta.” on w mgnieniu oka połączyłby fakty i rozgryzłby jej plany. Dlatego wolała siedzieć cicho, choć to też pewnie odbierze w podobny sposób. W takim razie pozostało jej czekać na jego reakcje.
         Mimo jej oczekiwań, on wciąż obserwował ją uważnie. Intrygowała go myśl, w co ona się znowu pakuje. Julia podniosła głowę, patrząc na niego intensywnie swymi zielonymi oczyma. Widocznie zacisnęła zęby podenerwowana.
- Idź już – odrzekła dynamicznie, nie myśląc nawet o sensie wypowiedzianych słów. Dopiero później ugryzła się za język, ponownie wlepiając wzrok w podłogę.
        A on o dziwo jej posłuchał. Ruszył ku wyjściu, obdarzając ją wypranym z emocji wyrazem twarzy. Uchwyciła tylko jego usta, zaciskające się w wąską linijkę. Reszty nie zdążyła zobaczyć.
                                                                               ~~&~~
                                                      (narracja trzecioosobowa)
        Ustała na środku ulicy. Nikogo w pobliżu nie widziała. Tylko nieliczni menele i ćpuny kręciły się tu o takiej porze, ale nimi nie zawracała sobie głowy. Nie warto było…
        Wiatr rozwiewał jej włosy, ona wpatrzona była w księżyc. Wciągała zanieczyszczone powietrze. Dokładnie wiedziała, co tu się wydarzy. Mimo tego stała cała napięta, w gotowości na niespodzianki tego wieczoru.
      Za swoimi plecami usłyszała cichy stukot butów na obcasie.  Chwyciła dłonią rękojeść sai, czekając w tej samej pozycji.
- Już jesteś – zaśmiała się szeptem. – Przez chwilę sądziłam, że się nie pojawisz. 
        Nie zwróciła na tę zaczepkę najmniejszej uwagi. Zawsze lubiła wytrącać ją z równowagi, a na to nie mogła sobie pozwolić. Nie dzisiaj…
- Więc w jakim celu mnie tu dziś sprowadziłaś? 
        Kobieta uśmiechnęła się szeroko, kręcąc kpiąco głową.
- Chyba sama dobrze wiesz. Jeśli nie dołączysz do Ligi, będę zmuszona zaatakować.
        Tym razem to Julia podniosła ku górze kąciki własnych ust.
-Proszę bardzo. 
        Zza budynków zaczęli wychodzić wojownicy. Wyżsi agenci…
       Na czole dziewczyny pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Co oni tu w ogóle robią?! Cristin nigdy nie wysyłała na nią żadnych z armii. Zawsze walczyły przeciwko sobie. Nigdy nie odważyła się na taki krok, raczej wolała śmiać się z jej porażki sama albo męczyć ją tylko własnymi rękoma. Wcześniej uważała to za brak godności. Czyżby obawiała się przegranej??
     Jednym, zgrabnym ruchem wyciągnęła sai z pasa z bronią i ruszyła ku oddziałowi 10 wyszkolonych osób. Dawno nie używała broni, ale powinna sobie poradzić. Oby…
        Nadal w biegu podcięła komuś nogę ostrym końcem narzędzia do zabijania. Za następną ofiarę obrała sobie kilkuosobową grupkę osób w czarnych kostiumach ninja. Każdy tutaj wyglądał identycznie… Ci sami zniewoleni ludzie…
         Przecięła powietrze, tuż obok ich zasłoniętych maskami twarzy. Wszyscy w tym samym momencie wyciągnęli ku niej katany. Pewnymi ruchami omijała te wszystkie ostrza. Szybko zreflektowała się i zaczęła kontratak. Z półobrotu uderzyła jednego z napastników w twarz. Upadł na ziemię, oddychając głęboko. Ktoś chwycił jej nogę. Uderzyła go z łokcia prosto w nos. Na jej szyję wytrysnęła ciepła ciecz. Odsunęła się od ciała, walcząc z kolejnymi przeciwnikami. Wzięła rozbieg i wyskoczyła w powietrze, by złapać kogoś za ramiona i powalić prosto na wybrudzony szkarłatną krwią chodnik. Schyliła się, omijając cios i przy okazji podcinając komuś nogi. Nagle poczuła klujący metal, wbity w jej plecy. Dziwna substancja zaczęła z wolna przepływać przez jej żyły. Płyn usypiający…
       Powieki ciążyły jej niemiłosiernie. Zamrugała kilkakrotnie, by powstrzymać ogarniające jej ciało poczucie omdlenia. Wstała powoli z kamiennej ulicy, podnosząc na dłoniach bezwładne ciało. Ktoś stalowym chwytem zacisnął pięści na jej ramionach. Nawet nie mogła dostrzec sylwetki nieznajomego – przed nią rozmywał się zamazany widok otoczenia. 
        Uderzenie. I drugie. Trzecie… Jej plecy waliły o coś twardego, a razem z nią niemożliwa w utrzymaniu czaszka. ,,Ściana…” – przemknęło flegmatycznie przez jej uśpiony umysł. Syknęła w poczuciu nowej fali bólu.
        – Puść ją – rozkazał emanujący opanowaniem głos jej matki. 
        Runęła w dół, waląc z impetem o podłoże. Przetarła piekące oczy, a przed nią zarysował się lepiej widziany obraz otoczenia. Nad jej głową stała ona, uśmiechając się pod nosem triumfalnie. Kocim ruchem wyjęła zza pleców swoją katanę, przyozdobioną niewidocznym znaczkiem, na czerwonym tle.
         Uklęknęła obok Julii, głaszcząc jej zaplamione krwią włosy. 
- Ach… spójrz… Gdybyś choć starała się zabić tych ludzi, wygrałabyś. Wiedziałam, że nie stać cię na taki krok. 
        Wyjęła z, wiszącego na jej biodrze,  pasa  dwa małe sztylety. Delikatnie uniosła rękę dziewczyny i wbiła ostrze prosto w dłoń, pchając bez pohamowania. Tak samo postąpiła z drugą kończyną, przytwierdzając ją na stałe z ceglanym murem.
        Julia zagryzła wargę, starając się zachować świadomość. Spróbowała się poruszyć. Bezskuteczne zamiary…
Zobaczyła podnoszącą się sylwetkę. Zamachnęła się kataną… Dziewczyna odczuła pieczenie w okolicach brzucha. Pochyliła głowę, czekając na serię ciosów. Z każdym nowym skaleczeniem widziała mroczki przed oczami. Horyzont zakręcił się przed nią. Wciągała głęboko powietrze. Jej całe ciało drżało…
        Nagle ujrzała pięść przed twarzą. Głośny trzask łamanych kości rozniósł się dookoła. Kaszlnęła, plując krwią. 
- Możemy iść- oznajmiła kobieta, podnosząc się do pozycji  stojącej i ocierając swoją czerwoną od krwi twarz białą chustką.
        Cała grupa poszła jej śladami, aż zniknęli za lśniącym w blasku gwiazd wieżowcu. Westchnęła z ulgą – już koniec…
Ostatni raz zerknęła na ulicę. Zamazana, pod wpływem wstrzykniętej substancji, postać biegła ku niej. Chłodną dłonią dotknęła jej zakrwawionego policzka.
- Co tu jeszcze robisz?! Czy twoja pani nie kazała ci zniknąć?! – krzyknęła w napadzie furii, patrząc spod żarzących się wściekłością czarnych źrenic
- Julia…
        Otworzyła szerzej oczy, ściągając niżej swoje ciemne brwi. Jak on ją tu znalazł? 
Obraz rozmazał się, a czarna otchłań uniemożliwiła widzenie czegokolwiek. Zemdlała…
_________________________________________________________________________________________
        Niespodzianka! Oto ostatni rozdział 1 sezonu! Muszę wam powiedzieć, że od drugiego sezonu przenoszę bloga  na inny adres: 

http://in-another-reality.blogspot.com/
  . Może też na tym nowym blogu zrobię taki plan wydarzeń z pierwszego sezonu, bo czytając go zdałam sobie sprawę jaki nudny był  :-P xd. Ale nie usunę go. Postanowiłam tak sobie kiedyś, bo osoby, które świetnie pisały usuwały często swoje blogi, a ja tego błędu nie popełnię  :mrgreen:
 
      
        
        
 

Rozdział 40 – Towarzystwo tej dziewczyny nie jednemu poprawiłoby humor

17 lip
         Westchnął zmartwiony obecnym stanem rzeczy  i usiadł na pościeli własnego łóżka. Zapatrzył się na dywan, rozmyślając nad kwestią jej zniknięcia.
- Robin – rzekła cicho, zajmując miejsce obok niego i głaszcząc po ramieniu przyjacielskim gestem. – Spokojnie, wszystko będzie dobrze.
        Widząc jego napięte mięśnie twarzy i zły humor,  postanowiła pokrzepiać go swoim towarzystwem. Choć szczerze wątpiła, czy tylko nie sprawiała kłopotu.
- Sama doskonale wiesz, że coś się wydarzyło – stwierdził mocnym tonem, wlepiając w nią intensywne spojrzenie żarzących się niebieskim blaskiem oczu.
Odwróciła szybko wzrok z rezygnacją, uświadamiając sobie, że on dokładnie znał je zamiary. I myśli…, ale przecież nie czytał w jej głowie. A więc jak? Oj…
- W takim razie należy zacząć poszukiwania – wstała energicznym ruchem, zerkając na niego. Chciała przerwać ciszę panującą dookoła i ten dziwny stan, który w danej chwili odczuwała. W żaden sposób nie mogła tego wytłumaczyć.
- Nie – pokręcił przecząco głową. – Reszta jeszcze śpi.
- A więc sami poszukajmy – zaoferowała. – Namierzyłeś ty ją w ogóle z komunikatora?
- Wyłączyła – mruknął z krztą urazy. Przynajmniej ona tak to odebrała. – Poszukajmy jej.
        Wstał z pościeli, opierając na niej swoje szerokie dłonie. Zaraz obaj ruszyli ku wyjściu, zostawiając idealnie wysprzątany pokój. Tutaj zawsze był porządek, może dlatego, iż Robin prawie nigdy w nim nie przebywał. Jedynym co tu robił, było spanie i odpoczywanie, a że on prawie nigdy nie odpoczywał, wiało tu pustką i chłodem. 
        Szli opustoszałym korytarzem, nie odzywając się do siebie w ogóle. Wolno stawiali kroki po czerwonym dywanie i w ciszy obserwowali jasne ściany, oświetlone rażącymi żarówkami. Dopiero po całkiem sporym odcinku czasu, lider postanowił przemówić.
- Tylko ostrożnie – wypowiedział cicho, wchodząc już do windy. 
        Ściągnęła swoje szeroki brwi, przesyłając w kierunku jego pleców buntownicze spojrzenie zielonych tęczówek.
- Wiem – odrzekła.
        Jednak w myślach dodała: ,,Nie traktuj mnie jak dziecka”.
Coś skrzypnęło cicho i zjechali wolno w dół, nie racząc się nawet spojrzeniem.
~~&~~
        Podniosła ołowianą głowę, mrugając zawzięcie powiekami. Widziała wielką niewiadomą plamę rozmazanych barw przed sobą, jednak po chwili wzrok się wyostrzył. Oprzytomniając, poczuła nieznośny ból w okolicach nosa. Automatycznie sięgnęła bladą dłonią w jego stronę, dopóki pod koniuszkami palców nie odczuła miękkiego materiału. Lekko zaniepokojona podniosła się gwałtownie ze swojego legowiska, od razu żałując nagłego ruchu. Kołysząc się nieznośnie, zaczęła badać pomieszczenie. 
        Znajdowała się w niewielkim pokoju, o ciepłej atmosferze. Dookoła cztery brązowe ściany. Zupełnie opustoszały, nie licząc dębowego łóżka w lewym rogu pokoju i komody znajdującej się tuż pod oknem, z przeciwnej strony. 
        To dom X. Pomaszerowała w stronę wyjścia i znalazła się w salonie połączonym z kuchnią. Beżowa kanapa na samym środku, a na niej Kevin w swym codziennym stroju, leżał w wygodnej pozycji: całe ciało ułożone na podłożu, a pod głową para splecionych dłoni. Poważnie wpatrywał się w śnieżny sufit, rozmyślając nad czymś intensywnie.
        Na palcach, by nie zauważył jej obecności, zakradła się do kuchni i z niedowierzaniem stwierdziła, iż wszystko jest w idealnej harmonii i porządku. Ciemny stół na jednej, potężnej nodze bez ani jednego naczynia, jasny blat porządnie wytarty, a brzozowa podłoga nawet odkurzona!
        Przyciągnęła do siebie drewniane krzesło oraz usiadła na nim. Swój łokieć dumnie oparła o cienką powierzchnię stołu, z zadumą oglądając ponownie otoczenie.
- Nie wierzę… – szepnęła, kręcąc wolno głową. – Posprzątałeś tutaj!
         Po jej całkiem głośnym okrzyku podniósł się szybko, uświadamiając sobie pewien fakt. On tu nie jest sam!
- O, Rachel, wstałaś! Wszystko w porządku?
        Na te późną reakcję uśmiechnęła się delikatnie, patrząc na niego fiołkowym i, jego własnym zdaniem, otumaniającym wzrokiem.
- Tak – oznajmiła krótko. – Tylko trochę nos mnie boli  – mruknęła niewyraźnie.
        Ściągnął ciemne brwi, do tego stopnia, że na jego opalonym czole pojawiła się niewielka zmarszczka.
- Lepiej idź się przejrzeć – powiedział po chwili.
        Skierowała w jego kierunku tajemnicze spojrzenie, przypatrując mu się w skupieniu. Flegmatycznie podniosła się z siedziska. Wolnym kroczkiem dobrnęła do niewielkiej klitki – łazienki. Na przeciwległej ścianie zobaczyła opanowaną twarz o bielutkim odcieniu. Podkrążone oczy, a nad nimi szerokie, czarne brwi. Włosy w kompletnym nieładzie ułożone na niewielkiej głowie właścicielki. ,,Czarownica”- przemknęło jej przez myśl. Jednak najbardziej widoczny był nos, na którym przylepiony został bandaż. Nie sprawdzał się zbyt dobrze, na jego wełnianej powierzchni połyskiwała czerwona plama. Przynajmniej miała pewność, że krwawienie ustało. Mimo tego niech przez pewien czas zajmuje dumnie powierzchnię jej spiczastego nochala, może się jeszcze przydać.
        Odwróciła się tyłem i opuściła pomieszczenie. Szybkim i niespodziewanym ruchem, nawet dla niej samej, poprawiła szopę sterczących włosów. Czyżby obchodziły ją sprawy tak przyziemne, jak wygląd??
~~&~~
        Obaj, w milczeniu, szukali nieustannie Raven. Niestety, ku ich udręce, nie znaleźli nic. Zupełnie…
        Wciąż było jasno, mimo iż zbliżał się wieczór. Uroki lata. Słońce wychylało się w ich stronę, oświetlając jasną strużką blasku wszystkie budynki mieszkalne. Zerknął zrezygnowany na szarawy chodnik, maszerując naprzód.
- Wiesz Robin… – mruknęła niepostrzeżenie jego towarzyszka. – Już powinniśmy się zbierać.
        Jego brwi podskoczyły do góry w pytającym geście, wlepiając w nią zainteresowane spojrzenie. W pewnym sensie oczywiście podejrzewała, że tak jest.  Jedynym co widziała, to przecież czarno-biała maska.
- To już za dwie godziny.
 - Aha… – szepnął dość zdezorientowany, oczywiście jak na niego. Szybko opanował się. – Tylko powiadomię resztę.
        Z pasa wyjął żółty komunikator i połączył się z Cyborgiem. Wymienił z nim  kilka treściwych zdań oraz zgrabnych i udanych kłamstw. Potem się rozłączył.
         Następnie obaj wsiedli na czarną tapicerkę motoru, on złapał za kierownicę, a ona chwyciła jego ramiona. I ruszyli…
        Podróż nie trwała długo. Była ponadto całkiem przyjemna. Z zawrotną prędkością posuwali się pomiędzy ulicami, co Julii sprawiało przyjemność. I jeszcze wiatr przechodził przez jej kark tak nagle i niespodziewanie.
        Zeszła z motocykla oraz podbiegła do białego porsche, stojącego nieopodal. Zgrabnym ruchem wskoczyła do środka, rozmawiając miłym tonem z kierowcą.
        Za szybą okna zobaczyła jego wyprostowaną i pełną elegancji postawę. Wsiadł ostrożnie do środka. Jego zachowanie zmieniło się w ułamku sekundy. Uśmiechnął się na przywitanie do siostry i otulił szerokim ramieniem.
- Ty kierujesz?
- Oczywiście! – rzekła głośno oraz pokręciła rozbawiona głową.
        Samochód ruszył z piskiem opon, a Julia i Robin wymienili między sobą zaskoczone spojrzenia.
        Reszta czasu spędzona w samochodzie opierała się na lekkich rozmowach, które wszystkich tu obecnych zadowoliły. Mija oglądała uważnie ich roześmiane miny, czasem wpatrywała wzrok w widok ruchliwego miasta, przez szybę okna.
        Nawet nie wiedziała, po co tu ją wzięli. Nie to, żeby jej tu jakoś doskwierała nuda! Czuła tu bardzo ciepłą atmosferę. Jednak w którymś momencie jazdy pomyślała, że może stanowi jakiegoś rodzaju przeszkodę w ich rozmowie, lecz szybko zmieniła zdanie słysząc zdziwioną wypowiedź Caxi:
- A ty co tak cicho siedzisz?! – zakrzyknęła entuzjastycznie.
         Zaraz jej kąciki ust, niezależnie od jej woli, uniosły się delikatnie do góry.  Towarzystwo tej dziewczyny nie jednemu poprawiłoby humor.
        Och, szkoda, że niedługo wyjeżdża. I to już za 27 minut…
_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________         1084 słowa :-D! Już jest lepiej ^^ Żegnam
                                                                                
 
 
 
     

 

 

Rozdział 39 – Przynajmniej coś z tego mam, choć nie powinienem się cieszyć

10 lip
        Otworzyła szeroko oczy, łapiąc desperacko oddech. Zamrugała kilkakrotnie, by wyostrzyć obraz, który teraz wydawał się mieszaniną różnych barw. Podniosła się na łokciach i zamarła…
        X walczył ze Sladem…
Co tu się dzieje? Trzeba działać!
        W mgnieniu oka podniosła się na rozpostartych szeroko dłoniach, by po chwili dynamicznie wyskoczyć w górę. Zazwyczaj nie działała tak gwałtownie, ale bądźmy szczerzy… Czy teraz miała jakieś inne wyjście? Musi działać zdecydowanie, nie wahając się wcale.
Podbiegła do postaci w czarno-pomarańczowym stroju od tyłu, rzucając na jego barki ze zgromadzoną wewnątrz siłą. Skupiła się, usiłując stworzyć czarny pocisk energii. 
        Nie mogła, nie umiała tego zrobić! Gdzie, do jasnej cholery, podziały się jej moce?!
Obrócił się w jej stronę, widziała dokładny zarys jego twarzy, ukrytej pod maską. To jedno widoczne oko podkreślone czarnym elyanerem, szaleńczo patrzące w jej kierunku. Świecąca jasno tęczówka, rozżarzony kolorek jeszcze potęgował to odczucie. Z przestrachem spostrzegła pewien fakt, który wywołał u niej zmarszczenie ciemnych brwi. W środku jakby ogień rozgrzewał jej obolałą czaszkę…
,,Julia… Ma takie same oczy. Chyba nawet taki sam ich wyraz. Wtedy, gdy walczyła z Jinx to było najbardziej widoczne. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam!?” – huragan myśli przetaczał się z wolna po jej głowie, pozostawiając trwały ślad. Zagryzła kącik ust, nie wiedząc, co innego uczynić by mogła.
        On trzymał ją za kołnierz peleryny, wlepiając mściwe spojrzenie w jej drobną sylwetkę. Nie reagowała. Tylko z pustką wpatrywała się w jego twarz. Bez wahania podsunął pod jej twarz pięść, uderzając z siłą. Ostatnim co zobaczył, były jej szeroko otwarte oczy. Dookoła rozniósł się chrzęst jakby odgłos łamanych kości. Przeleciała kilka metrów w powietrzu, uderzyła twardo o podłoże i potoczyła się dalej, jakby marionetka – zupełnie niepotrzebna. Nie powinna mieszać się w jego interesy. Zasłużyła sobie na tę karę.
         Usłyszał huk, przecinający powietrze. Natychmiastowo zgiął się w pół. Po jego nodze spływała czerwona ciecz, brudząc materiał kostiumu. Złapał się za krwawiącą łydkę, sycząc z bólu. Opadł bezwładnie na ziemię, widząc rozmazane kształty przed sobą. Dwie rozmyte plamy kierujące się w stronę wyjścia. Uciekali…
        A on zamknął oczy…
                                                                                                                                                                                                                         ~~&~~
      Był już blisko domu, dobrze, że mieszkał blisko. Przemknął niezauważony przez ulicę, wyjmując z kieszeni czarnego kostiumu klucze od bloku. Przebiegł całą klatkę schodową, stawiając zamaszyste kroki po kamiennych schodach. Zerknął na ciemnozieloną ścianę, mrużąc niezadowolony oczy . 
        Na lepszą klitkę nie było go stać, niby jak miał zarabiać? Przez podcinanie gardeł ludzi na ulicy? Pokręcił zdenerwowany głową.
,,Od dziś się to zmieni.” – pomyślał.
Ustał naprzeciwko drewnianych drzwi, łapiąc srebrną klamkę, błyszczącą lekko. Otworzył wrota z impetem, aż walnęły o kremową powierzchnię ściany, pozostawiając w niej trwały ślad. Wbiegł roztargniony do pokoju, nie zaprzątając sobie głowy jego stanem. Położył Rae na brązowej kanapie, przykrywając cienkim kocem w zielono-czerwoną kratkę.
        Dopiero teraz przyjrzał się badawczo jej twarzy. 
Z nosa lała się jej krew, tryskając po bladej cerze. Soczyste krople zalewały jej zarumienione policzki. Włosy rozsypane miała bezwładnie po chropowatym materiale. Mógłby wpatrywać się w nią bez końca, jednak miał coś ważniejszego do roboty. Ruszył w stronę kuchni, robiąc kilka dużych kroków. Złapał za uchwyt białej szafki, wiszącej na, kafelkowanej beżowymi płytkami, ścianie. Zaczął poszukiwać w jej wnętrzu apteczki, a przez głowę przeszła mu jedna myśl, pocieszająca go, chociaż w minimalnym stopniu:
,,Przynajmniej zostanie tu ze mną przez pewien czas. Przynajmniej…”.
_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________        Jest rozdział bardzo, bardzo króciutki! Jeśli znajdziecie tu jakieś błędy, to nie moja wina, tylko mojego brata, który mnie pogania i chce grać. Nom niestety… Musiałam zrobić go krótkim, ale za to następny będzie dłuższy (mam nadzieję…). Żegnam wszystkich!
 
Oh, jak powiedziałeś mi, że mnie opuszczasz,
Czułam się, jakbym nie mogła oddychać,
Moje bolące ciało upadło na podłogę,
Potem zadzwoniłam do ciebie,
Powiedziałeś, że nie jesteś sam,
Powinnam być mądrzejsza,
Teraz to boli o wiele bardziej.                                                                                                                                                                                                                              
        
 
         
 
 
 
        
 
 

Rozdział 38 – W samotności on cię zmiażdży

03 lip
        Szedł zatłoczonymi ulicami Jump City. Nad jego głową dachy wysokich wieżowców, okna lśniące blaskiem księżyca oraz niebo… Zapełnione jasnymi punkcikami, tworzącymi razem pewną całość. A jaką? Nie wiedział. Nie zawracał tym sobie głowy. Po prostu nie był zainteresowany.
        Swą niemalże całą uwagę poświęcał szarej powierzchni chodnika. Szedł spokojnie, ukradkiem spoglądając na ludzkie twarze. Niektóre rozbawione, inne autentycznie szczęśliwe, a jeszcze inne… pogrążone w tym samym nużącym widoku – kamiennej powierzchni. Czy oznaczało to, że był tak samo zrezygnowany??
        Ta myśl przemknęła przez jego umysł z potężną siłą działania. Jednak szybko pokręcił głową, karcąc się w duchu. ,,Przecież dziś ją zobaczę, więc jestem w pełni radosny!” – pomyślał.  Rozejrzał się baczniej po okolicy. Już przekroczył pełne życia centrum miasta, teraz maszerował spokojnymi ulicami, gdzie ruch był znacznie mniejszy. Z dwóch stron ulicy otaczało go kilkanaście mniejszych kafejek, rozjaśnionych blaskiem neonów reklamowych. Jaskrawe barwy mieszały w jego głowie.  Automatycznie zmrużył oczy i wznowił poszukiwania drobnej sylwetki, należącej właśnie do niej. 
        – Tutaj! – do jego uszu dotarł głośny krzyk. Odwrócił się w kierunku dźwięku i w końcu ją ujrzał.
Brązowowłosa dziewczyna, o lokach bujnych i długich machała w jego stronę z entuzjazmem. Dwie niebieskie gałki oczne świeciły sympatią, a na szczupłej twarzy rozciągnął się szczery uśmiech. Siedziała na dachu budynku z czerwonej cegły, opierając swobodnie ręce o kafelkowany grunt.  Nogi spuściła w dół, machając nimi to do przodu, to do tyłu. 
        Natychmiastowo złapał za zardzewiałą drabinę wyjścia przeciwpożarowego i szybko wspiął się na górę, mocnymi chwytami umięśnionych rąk. Zajął miejsce obok niej, przyjmując podobną pozycję. 
- Coś się stało? – spytał, obserwując uważnie jej drobniutką twarz. Ten sam wyraz twarzy, wciąż tak samo wesoły. Tylko źrenice już wygasły, zdradzając smutek.
        Podniosła w zdziwieniu brwi, jakby jego pytanie powinno w ogóle nie mieć miejsca. Jednak tak nie było…
- Czy coś musiało się stać? Czy nie mogę po prostu porozmawiać trochę z bratem? – powiedziała, opierając swoją głowę o jego ramię.
- Możesz – oznajmił i wciągnął powietrze, które teraz nasycone było szamponem o zapachu migdałów. Pogładził ją po gładkich lokach, zamykając powieki. 
      Zapadła cisza, bardzo miła i przyjemna. A w dodatku szczera, nikt nie ważył się jej przerywać. Każdy z tych obojga chciał pozostać w tym stanie jak najdłużej. Więc siedzieli… cicho.
        Niestety wszystko, co w jakikolwiek sposób cieszy, szybko się kończy. 
- Trzymaj! – dziewczyna podała mu puszkę coca-coli, wyciągniętej z pasa z bronią. Sama wzięła też jedną dla siebie, otworzyła oraz upiła łyk.
        Bąbelki muskały jej wargi, a w gardle czuła drapanie. Tego rodzaju ból niósł ze sobą również ukojenie, przyjemny chłód, rozlewający się po jej ciele. 
- Niezła amunicja. Zawsze taką ze sobą nosisz? – mruknął żartobliwie. Jego kąciki ust podniosły się, a ona wybuchnęła gromkim śmiechem.
        Przez tę chwilę poczuła się naprawdę rozradowana, a to magiczne uczucie akumulowało się z każdą sekundą. Dopiero potem przypomniała sobie. Musi mu powiedzieć. Musi to zrobić! Przecież już wcześniej to zaplanowała. Już za późno na odwrót…
 
                                                                                                                       ~~&~~
        Klapnęła na miękką pościel koloru głębokiej czerni. Plecy rozluźniła automatycznie, za to dłonie zacisnęła nerwowo na białej kartce papieru. Zagryzła mocno wargę, rozmyślając nad treścią wiadomości. 
 
    ,, Proszę Cię, za godzinę bądź na Drof Street, obok tego opuszczonego garażu. To bardzo ważne, więc proszę, nie zawiedź.”
                                                                                                                                                                                                                      Czerwony X
          Jej zadręczoną głowę męczyło wiele różnorodnych zagadnień, zwiększając swoją liczbę w niewielkim czasie. Westchnęła… Bo cóż innego zrobić mogła? 
        Niedługo później znalazła rozwiązanie – postanowiła uporządkować myśli. 
,, Po pierwsze i najważniejsze: Dlaczego to jest tak ważne? Coś przecież musiało się stać.
Po drugie: Po co on podpisywał się swoim pseudonimem? Jeśli chodziłoby o nas dwóch, podpisałby się imieniem. Ktoś inny także musi być w to wplątany.
Po trzecie: Jeśli coś mu się stało? Albo ma stać?…”
         Po tej krótkiej analizie miała 100% pewność, idzie tam i nikt jej nie przeszkodzi! W mgnieniu oka znalazła się naprzeciw szafy, wyjęła z niej płaszcz i nałożyła go na siebie. W popłochu zaczęła przewracać zawartość kartonu z czarnymi wzorami, na białym tle. Tam chowała wszystkie niepotrzebne przedmioty, które kiedyś jakimś cudem wpadły w jej ręce.
        W pewnym momencie wyjęła z niego szary pas na broń oraz sztylet. Na krótki ułamek sekundy uśmiechnęła się ironicznie, wiedząc, że ta niby-niepotrzebna zabawka jest przydatna. Jednym, energicznym skokiem podniosła się z ziemi, zaczepiając rzecz na biodrach. Mały, srebrny nożyk włożyła do jednej z komór. Na sam koniec przejrzała się w odbiciu lustra, upewniając się, czy wszystko wzięła.
,, Och, liderku, liderku… Ciesz się, że mnie teraz nie widzisz…”.
        Już nieco bardziej opanowana, choć wciąż zdenerwowana, otworzyła na oścież ramy okna. Usiadła na szklanym parapecie, by zaraz dać się ponieść powietrzu…
        Lecąc nad obłokami pogrążonych w ciemności chmur,  ponownie zerknęła na swój pas. 
,, Jeśli będzie taka potrzeba, użyję tego. Bez wahania.”
I opuściła wzrok na tłoczne ulice miasta…
                                                                                                                          ~~&~~
        Obaj wychodzili z sali kinowej w świetnym humorze. Ona śmiała się pod nosem, nie mogąc opanować emocji tlących się w środku, a on uśmiechając się niezauważalnie. Inaczej mówiąc, każdy interpretował to na swój sposób. 
        Opuścili sporych rozmiarów budynek, spacerując po okolicy. Robin trzymał prawie że puste opakowanie popcornu w jednej dłoni, a w drugiej chwycił butelkę ze spritem. Jessica szła u jego boku, opanowując oddech i bicie serca.
- Dick… – rzekła już opanowana, oczywiście jak na swoje możliwości. – Daj mi napój. Od tego rechotu zaschło mi w gardle.
        On natychmiast wykonał zleconą mu czynność. Zaś Caxi, gdy tylko dostała go w swoje ręce, gwałtownie odkręciła nakrętkę i wypiła połowę zawartości. Już po chwili oddała mu go, ot, tak po prostu.
        Bardzo lubił u niej to poczucie beztroski. Przypominała mu czasy dzieciństwa, kiedy to robili wszystko, jak chcieli, bez zastanawiania się nad tym zbyt głęboko. Dla niej ten okres jeszcze trwał. Wciąż wydawała mu się małą dziewczynką…
- Powiedz mi, po co to wszystko? Na początku kręgle, potem to kino… – odrzekł w zadumie.
- Chciałam spędzić z tobą czas. Chciałam, byś zapamiętał sobie ten wieczór.
        Dick wlepił w nią parę żarzących się źrenic, przymykając lekko powieki. Słowo ,,ten” całkowicie zwróciło jego uwagę, co osoba towarzysząca doskonale zauważyła. ,,Co ona znowu kombinuje?”- przemknęło mu przez myśl.
- Jess – odrzekł dość stanowczo, jak na Dicka, jej brata. – Co jest? 
        Mruknęła cicho pod nosem, przecież dobrze wiedziała, że będzie musiała mu powiedzieć. Właśnie tutaj i właśnie w tym momencie! Cały wieczór to ukrywała, ale jak mogła mu to wyznać? Patrząc na jego zadowoloną, choć skrytą szczelnie mimikę? Czuła się, jakby krzyczał: ,,Nie psuj tego, jeszcze nie!” Więc jakim cudem miała to wyznać?
- Ja… – cichy szept wydobył się z jej ust, a głos lekko zadrżał, jakby jeszcze nie był na to gotów, lecz ona sama zdążyła podjąć decyzję. – Wyjeżdżam…
        Zareagował na to zdanie niepewnie, zaciskając mocno mięśnie. I nic więcej. Ta sama mina, ten sam wzrok ciążący na niej i ten sam, równomierny oddech.  
        – Kiedy wyjeżdżasz? I gdzie?- zapytał.
Zdziwiła ją ta reakcja, jednak nie dała tego po sobie poznać. 
- Już za tydzień, do Londynu – oznajmiła, spuszczając wolno spojrzenie ku ziemi. Dyskretnie, tak by nie dostrzegł. 
Niestety się nie udało…
- Słuchaj, ja zdaję sobie sprawę, czemu wyjeżdżasz. Chcesz zacząć od początku, prawda?
Pokiwała twierdząco głową.
- Nie będę cię zmuszał do zmiany zdania. Tylko powiedz mi, czemu nie omówiłaś tego ze mną?
Odpowiedziała bez wahania.
- To było zaplanowane już dawno. Nie mogę zmienić teraz zdania. Za długo się do tego przygotowywałam, starałam się o te bilety i pracę – zagryzła mocno policzek, stojąc i czekając na odpowiedź.
        Zaistniała gęsta cisza. Caxi odwróciła nerwowo wzrok, oglądając uchyłkiem otoczenie. Robin skupiony był na niej, zachowując ponurą minę. Mimo wszystko rozumiał, lecz ona nie odważyła się tego zauważyć. Dlatego trwali w tej napiętej sytuacji, dopóki on nie otulił jej swoimi mocnymi ramionami. 
        Owinęła się dookoła nich bez wahania. Cała zdenerwowanie wyparowało z niej, odetchnęła z ulgą. Poczuła intensywny zapach wody kolońskiej. Zamknęła oczy, wykorzystując tę sytuację…
- Obiecaj, że jak wyjedziesz, to będziemy rozmawiać. Codziennie.
Rozbawiło ją te jego zachowanie, do tego stopnia, że aż zaśmiała się pod nosem. 
- Będę, będę – odrzekła przyjemnym tonem i rozczochrała jego czarne włosy. – O to martwić się nie musisz.
Pokręcił głową z zadumą.
I wciąż trwali w tym stanie…
 
                                                                                                                               ~~&~~
        Skupiona obejrzała cały budynek od zewnątrz.
Pokaźnych rozmiarów garaż, z metalowych ścian, pogrążonych aktualnie w ciemności. Normalnych rozmiarów drzwi, wykonane z tego samego materiału.
        Niepewnie zacisnęła dłoń na czarnej rączce sztyletu i wciągnęła powietrze do rozżarzonych płuc.
Najwyższa pora zacząć.
Otworzyła cicho i dyskretnie wrota, tak, by przypadkiem nie narobić hałasu. Z powodzeniem ruszyła dalej, analizując ciemność w zasięgu jej wzroku. Inaczej mówiąc nic…
       Oddychała płytko, a z jej czoła flegmatycznie spływał pot. Otarła go nawierzchnią ręki. 
Nagle odczuła dotyk. Ktoś mocnym ruchem pociągnął ją za nadgarstek, ku ziemi. Otworzyła szerzej oczy, jednak nie wydała z siebie krzyku, siedziała cicho.
- Spokojnie Rachel, to ja – mruknął ktoś, tuż nad jej głową. Uspokoiła się, rozpoznając w nim głos Kevina.
- Dlaczego nie mogłeś do mnie przyjść ot, tak, po prostu? – zapytała, ściągając brwi. Na jej czole pojawiła się prawie że niewidoczna zmarszczka.
- Sprawy się pokomplikowały. Widział nas razem… – przerwał, ściskając silniej jej chłodną dłoń. Powiedzenie, że się martwił, było dużym niedociągnięciem.
- Dlaczego ty dla niego jeszcze pracujesz? Zrezygnuj! – oznajmiła, podnosząc ton głosu. Ukucnęła obok niego i patrzyła na jego zasnutą cieniem twarz, doczekując odpowiedzi.
- Nie mogę, ma mnie w garści. Przyjście tu to nie lada wyzwanie. Miałem uczepiony nadajnik, to nie było proste. Pamiętasz, jak spalił… – ponownie urwał, gdyż każdy z nich doskonale zdawał sobie sprawę, o czym jest mowa. Aż za dobrze.
        Wspomnienia ponownie powróciły, a ona w geście wściekłości tylko napięła mięśnie, reagując na wszystko jej własnym sposobem. Poczuła jeszcze większą nienawiść do sprawcy tego wszystkiego. W umyśle stanął jej obraz budynku w ogniu. Czerwone języki powoli chłonęły to wszystko systematycznie. I jego też. To znaczy, tak myślała, przez kilka lat myślała, że on nie żyje! 
- On – kontynuował po pewnym czasie, nie odrywając pary źrenic od drobnej sylwetki. – Może znowu to zrobić. Chce cię zabić, rozumiesz? I to przeze mnie! Musisz uciekać, bo on się nie zawaha. – krzyknął tym razem głośno i mocno.
           Zlustrowała go zdenerwowanym wzrokiem i pokręciła karcąco głową. Na inny gest nie miała siły, gdyż potężna gula stanęła jej w gardle.
- Nie – mruknęła. – Ja ci pomogę, zobaczysz…
- Dobrze – oznajmił. – Ale nie sama. Nie możesz się do niego zbliżać, zrozumiano? Zrobisz coś w swojej mocy, ja też.
Spojrzeli po sobie porozumiewawczo i już wiedzieli, jak należy działać. 
- A teraz uciekaj jak najszybciej. On niedługo się zorientuje.
       Prędko podniosła się, otrzepując kolana. Nagle poczuła ból i gwałtowne szarpnięcie w okolicach ramienia. Lodowata igła wbiła się w jej oziębłą skórę, a dziwna substancja z wolna zaczęła zalewać jej ciało. Z hukiem spadła na nieznane podłoże. Jęknęła cicho i… straciła przytomność…
_________________________________________________________________________________________
Jestem z rozdziałem  :mrgreen: . Naprawdę trudno było zabrać się za ten rozdział, jest dość niedopracowany, ale i tak już długo na niego czekaliście, więc postanowiłam, że opublikuje.
Rejestrując się w hotelu samotności,
To nie jest to do czego byłem przyzwyczajony, przyznaję.
Więc budzę się trzy razy w nocy,
Rozmawianie z obcym nie jest niczym nowym,
Ona wie jak się uśmiechać, ale nie tak jak ty
Więc czekam całą noc na Ciebie. – Kygo: Raging 
 
 
 
 
        
 
 
                                                                            
 
 
 

Rozdział 37 – Nauka na przyszłość, czyli jak wykorzystywać ludzi

12 cze
        – Robin… – jęknął błagalnie Bestia. – Proszę, weź mnie ze sobą…
Lider westchnął poirytowany, mierząc go kłującym wzrokiem. Przecież mu powtarzał, mówił. Jak z dzieckiem…
- Wychodzimy – rzekł pewnym tonem głosu, spoglądając uchyłkiem na resztę drużyny.
        Oni jak na zawołanie obdarowali go znużonym wyrazem twarzy. Wolnym krokiem ruszyli za nim, co chwila, oglądając się za siebie i obserwując  wyczyny Zielonego.
Otóż to! On, nieszczęśnik, próbował podnieść się z kanapy. Nawet szybko, co zdziwiło innych, udało mu się to. W niezgrabnych podskokach dogonił przywódcę i powiesił na jego czarnej pelerynie.
- Robin! – krzyknął, tarmosząc ciemny materiał. – Nie zostawiaj mnie tu samego!
          Ten natomiast nadal patrzył na niego obojętnie.
- Chyba powinniśmy załatwić ci jakieś kule – odpowiedział w zastanowieniu. –  Spokojnie, nie będziesz tu sam. Raven…
          Dziewczyna nagle spojrzała na niego zaskoczonymi oczyma. Szybkim ruchem założyła kaptur na głowę.
- Ja przecież mogę się wam jeszcze przydać – powiedziała wymijająco. 
- Ale ty jako jedyna go ogarniesz – oznajmił trafnie.
         Zapadła głęboka cisza. Nikt nie raczył jej przerwać. Bestia wyprostował się niepewnie, z poważną miną analizując sytuację. 
- No dobra, zostanę, ale macie się pospieszyć. Wiecie, że on działa mi na nerwy.
        Robin pokiwał głową i w tempie natychmiastowym wyszedł z salonu. Cyborg, Gwiazdka i Julia ruszyli za nim, również całkiem żwawo.
,,Czyżby bali się, że zmienię zdanie?” – przemknęło jej przez głowę. Usiadła na fotelu, spoglądając na człapiącego do kanapy Zielonego. Strudzony oparł się o skórzaną poduszkę, rozkładając wygodnie.
- A ty chciałeś iść na poszukiwanie – odparła ironicznie.
- Nie mała – odparł z charakterystyczną dla niego łatwością, a na twarzy zawitał chytry uśmieszek. – Ja po prostu chciałem mieć towarzystwo. 
         Azaratka przewróciła teatralnie oczyma. Sięgnęła po leżącą na kudłatym dywanie książkę i otworzyła ją na niedawno skończonej stronie. Zacisnęła mocniej swoje blade palce, wbijając w skórzaną okładkę długie paznokcie.
- Lepiej uważaj sobie – z jej wzburzonego oblicza wytrysnął jad. Zmarszczyła zdegustowana brwi, zastanawiając się, jak zareaguje. 
On poruszył bezbronnie ramionami, patrząc na nią z beztroskim rozbawieniem.
        – No to, co chcesz robić?
                                                                                                                                                         ~~$~~
        Czerwonowłosa oparła znudzona łokieć o drzwi auta i uważnie obserwowała zagmatwany krajobraz. Przemijające ulice, te same szare alejki i połyskujące w słońcu wieżowce. Zgarnęła grzywkę z czoła, nie przerywając interesującego zajęcia.
        – Ile jeszcze? – mruknęła tym samym, monotonnym głosem.
- 2-3 minuty – oznajmił siedzący za kierownicą Cyborg. Z większą siłą nacisnął pedał gazu, a dłońmi stalowo ujął kierownicę. – A może 1…
Zamknęła powieki, rozkładając się na siedzeniu. Jeszcze trochę tu sobie poczeka.
         Leżała spokojnie, nie zważając na mijający czas. Miła i przyjemna aura otoczyła jej drobną postać. Cudowne ciepło swoją siłą kazało jej pozostać w tym stanie. Przynajmniej przez chwilę…
         Otworzyła oczy, orientując się, że są już na miejscu. Wolno podniosła się oraz wyszła z samochodu. Chłodny wiatr otulił jej zmarzniętą skórę, a ona automatycznie spojrzała w górę. Słońce świeciło w całej swej okazałości, a pierzaste chmury flegmatycznie sunęły po niebie. Stała w niezmiennej pozycji, nieprzerwanie oglądając.
        Już niedługo się ogarnęła.  Szybko pobiegła w stronę wytwornej willi. To znaczy, kiedyś wytwornej… Teraz nie prezentowała się najlepiej. Szare ściany, zniszczone okna, jednym słowem – chaos. Cała konstrukcja wydawała się niestabilną, jakby zaraz miała runąć jej na głowę. 
Nie zważając na to, podeszła w stronę wejścia, bez jakichkolwiek drzwi. Zapewne je też wybito…
- I co? – zagadnęła do Blaszaka, ukradkiem zerkając na jego wyprostowaną sylwetkę.
- Każdy idzie w inną stronę. Robin wziął północ, Julia południe, ja mam zachód, a twój to wschód – oznajmił i w mgnieniu oka zniknął z jej pola widzenia. 
        Weszła. Jeśli na zewnątrz było okropnie, to jak miała wyrazić to, co zastała w środku budynku? Czarne, smoliste otoczenie i nic poza tym. Dookoła to samo…
Skręciła w boczne przejście korytarza. ,,Zaczynamy poszukiwania…” – pomyślała.
                                                                                                                                                        ~~$~~
        Nagle spostrzegł coś niewielkiego, leżącego tuż przed balkonem. Podszedł w stronę obiektu, uważając na kawałki szkła, leżące na drodze. Uważnie przyjrzał się obiektowi.
        Niewielki sztylet ze złotą rękojeścią. ,,Liga…” – przemknęło mu przez myśl. Jednak doskonale wiedział, że Bestia dostał z broni palnej. ,,Czyżby sami chcieli nam się narzucić? Zapewne zostawili to celowo, by tylko wzbudzić naszą ciekawość.” –  z pasa z bronią wyjął białe rękawiczki, biorąc przedmiot w ręce. Westchnął poirytowany… ,,Brak krwi, jak zgaduję również brak odcisków palców.  Może mimo to przydałoby się to sprawdzić?” – dość niepewnie włożył sztylet w jeden z woreczków. Słysząc rozmowę drużyny, szybko schował przedmiot w jedną z kieszeni.
       Trzy osoby znajdowały się na linii jego horyzontu.
- Znalazłeś coś? – odparła  Julia, zupełnie normalnym tonem.
- Nie – oznajmił z kamienną twarzą. – A wy? – zapytał, choć doskonale znał odpowiedź.
       Wszyscy pokręcili przecząco głowami.
- Zbierajmy się już. I tak nic tu nie znajdziemy.
Wspólnie, jak na zawołanie, opuścili zrujnowane pomieszczenie, krocząc ciemnymi korytarzami.
                                                                                                                                                                     ~~&~~
        – A ty co chcesz, mamuśka? – zapytał, uśmiechnięty od ucha do ucha Bestia. Krzątał się po kuchni, robiąc jeden ze swoich przysmaków – tofu coś tam… (nawet narrator, osoba wszechwiedząca, nie była w stanie zapamiętać nazwy  ;-) ). Jak na Zielonego elfa przystało, nie raczył w niej posprzątać. W zlewie gromadził się stos naczyń, na blacie stołu leżały, w kompletnym nieładzie, artykuły spożywcze, a białe kafelki ścienne pobrudzono sokiem malinowym. 
        Rae wybudziła się z transu, otwierając szeroko powieki. Chyba pierwszy raz, w jej niedługim życiu, nie była zdenerwowana, przerwaniem jej medytacji. Czuła raczej zaskoczenie, a jej mina symbolizowała nawet pewnego rodzaju przerażenie. ,,Od kiedy to Bestia jest taki kulturalny?” – zamyśliła się. Przez jej umysł przemknęły różne wizje, które wcale nie przypadły jej do gustu.
- Hmmm? – mruknął nadal radosny.
        Dopiero ten gest zwrócił uwagę nieobecnego duchem Kruczka.
- To daj miętę – odrzekła już obojętnie, mrucząc coś pod nosem. – I jeszcze zrób naleśniki.
        W tej właśnie chwili, Bestia wydawał się tracić grunt pod nogami. 
- Emmm… dobra – oznajmił zakłopotany. W tempie natychmiastowym zaczął pracę.
Za to na jej twarzy zawitał złowieszczy uśmiech.
,,Ciekawe gdzie znajdziesz naczynia. Właśnie to wszystko gnije w zlewie. Życzę miłego zmywania.” – wciągnęła powietrze w pełni usatysfakcjonowana oraz spuściła wzrok na widok za szybą – błyszczące w świetle słońca fale morza. 
        Strudzony Bestia z szybkością geparda smażył kolejne sztuki, naraz opróżniając zawartość stołu. W swoje spracowane dłonie chwycił ściereczkę i kilkoma pociągnięciami umył blat. Rozłożył talerze i sztućce. Przetarł spocone czoło i niczym marionetka runął na krzesło.
- Gotowe – wychrypiał słabo. Revi odwróciła się w jego kierunku. Blada cera, a na niej niewyraźny uśmiech soczystych ust.
- Szybko ci poszło – odparła spokojnie, zasiadając obok niego. – Smacznego…
        W ręce delikatnym ruchem ujęła widelec i nóż. Powoli spożyła swoje danie, po czym podziękowała. Niedługo potem usiadła na kanapie, zanurzając się w lekturze. Jej gałki oczne krążyły po zżółkłych stronicach, zaciekawione dostarczonymi treściami.
 ,,Opłacało się…” – uszczęśliwiał się w duchu, patrząc w jej stronę z uśmiechem.
        Nagle do salonu weszła reszta towarzystwa. Oboje par oczu ludzi tu siedzących, zwróciło się w kierunku nowo przybyłych.
- Coś macie? – zapytała spokojnym tonem Rachel.
- Nie, nic – odpowiedziała tym razem Julia, wyprzedzając w tym lidera.
Bestia westchnął boleśnie, tym samym zwracając na siebie uwagę Blaszaka. Ten obdarował go wnikliwym wyrazem twarzy i kilkoma zmarszczkami w okolicach czoła.
- Ej stary! – krzyknął Cyborg, zmieniając temat rozmowy – To ty możesz chodzić?
- Ta… – odpowiedział trochę zmieszany. – Powiedzmy, że tak źle to ze mną nie było…
- Symulant – odrzekł wytrącony z równowagi. – Sobie leżał na kanapie i nic nie robił…
Założył ręce na piersiach obrażony oraz prychnął dumnie. Czuł, że ten nie był z nim fair. Przecież mógł z nim zostać… ,,Dlaczego wcześniej mnie nie poinformował,że coś kombinuje?” – pokręcił głową rozpaczliwie.
        – Niezupełnie – stwierdziła pewnie Czarnowłosa. 
Grupa obdarowała ją zdziwionym grymasem, oczekując rozwinięcia wypowiedzi. Stali w zupełnej ciszy, nie odważając się nawet mrugnąć. Powietrze zgęstniało napiętą atmosferą.
- Zielony posprzątał w kuchni. No i jeszcze zrobił naleśniki – odpowiedziała swym codziennym tonem.
Drużyna jednocześnie wciągnęła powietrze do płuc. Ich gesty, mimika była tak różna, a mimo tego wyrażała to samo – niedowierzanie.
 - Ej, ej, ej….Raven… ! – wrzasnął zdenerwowany. Czy ty mnie nie wykorzystałaś?!
        Stał, zaciskając w napadzie wściekłości piąstki.
- Rachel. Co ty żeś mu zrobiła? – lider spojrzał nań zaciekawiony. Przetarł ręce, a jego kąciki ust podniosły się znacznie. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę – od tego momentu wszystko będzie łatwiejsze, jeśli chodzi o porządki domowe.
- Długa historia – odparła. – Sami powiedzieliście, że mam go ogarnąć.
        Nikt nie był w stanie zaprzeczyć jej słowom.
- Niesamowite… – uśmiechnął się, wyrażając czysty podziw. – Chyba powinnaś z nim częściej zostawać…
_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Koniec, koniec, koniec!!! Nie mam już na nic więcej siły, więc na tym kończę. Myślę, że aż tak źle to nie wyszło, choć wiem, że dużo tu niedociągnięć. Życzę wszystkim miłego dnia i do widzenia!

O, aniele zesłany z niebios
Wiesz, że rozświetlasz mój świat
Kiedy upadłem, kiedy cierpiałem
Przybyłaś, aby mnie podnieść

Życie jest drinkiem, a miłość narkotykiem
Teraz myślę że muszę być o wiele mil wyżej
Kiedy byłem jak wyschnięta rzeka
Przyszłaś, by zesłać deszcz. – Coldplay – Hymn For The Weekend

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 

Rozdział 36 – Niszczycielska moc jasności

29 maj
 Z trudem podniosła jego bezwładne ciało na swoje barki. Zaczęła stawiać ciężkie kroki, na gładkiej posadce. Najpewniej zaraz przewróci się albo potknie o te chuderlawe łydki.
        Sama nie wiedziała, czy to ona jest aż tak słaba, czy to jednak on za dużo wcina każdego dnia. Chciałby w pełni wierzyć tej pierwszej opcji, niestety doskonale zdawała sobie z tego  sprawę – Bestia to chudy nastolatek, o długich, młodzieńczych kończynach.
        Zacisnęła mocniej dłonie, na jego zielonych rękach, które w tym momencie wydawały się blade. Podciągnęła całą jego sylwetkę i zmobilizowała się do dalszej tułaczki. 
,,Jeśli będziesz się tak starać, on straci życie!” – powtarzała z determinacją ten jeden fakt w głowie. 
Jej dotychczas niezgrabnie obijające się o siebie stopy, przyspieszyły do biegu.
        Z prędkością, może nie geparda, ale z jakimś przyspieszeniem na pewno, pokonała dwa skrzydła, dysząc głęboko. Wszystko dookoła zawirowało, a ona walczyła z opadającymi powiekami.
Dwa skrzydła… Sporo drogi, a dla niej – jakby maraton. W pamięci wiły jej się te puste, zalane żółcią korytarze, a czerwone dywany intensywnie świeciły w obolałej czaszce. Miliony tych samych przejść…
        Niespodziewanie dotarła, to znaczy prawie. Kątem oka zobaczyła salon. Z grymasem euforii na twarzy, nieprzerwanie biegła.
        To co ujrzała na miejscu, całkowicie ją zaskoczyło, by nie powiedzieć, przeraziło. Serce przyspieszyło rytmu, waląc z impetem o klatkę piersiową. Purpurowa ze zmęczenia twarz przybrała na intensywności tej znienawidzonej przez nią barwy.
         A w oczach tańczyły płomienie. Ciepłe barwy muskały szyję, powodując utratę świadomości. Jak okropne emocje pulsowały w niej, z myślą, że już nic nie może zrobić? Cała przednia ściana przed nią, spowita w rażącej jasnością ciemności. A ty jakbyś się poczuł?
        Bo ta drobna dziewczyna z pustką w oczach, czuła uścisk w gardle oraz przepełnione duchotą powietrze. Jakby czarne macki lgnęły właśnie w jej stronę, chcąc pozbawić życia wszystkich, nie zważając na chaos. Najgorsza jednak wydawała się ta bezradność. Jak bez mocy ma sobie z tym poradzić?!
        Otóż to, jej poziom mocy niedawno spadł do zera. Wszelką energię wykorzystała na uzdrowienie Bestii. Mimo to, z jego nogi nadal przelewała się karminowa ciecz, brudząc jej zniszczony płaszcz. Opatrunek przemókł, zdawała sobie z tego sprawę.
        ,,Nie może tu zginąć, musisz go wyciągnąć! Dasz sobie radę!” – krzyczała głośno w umyśle, przygryzając zakrwawioną  wargę. Przestraszona stwierdziła, że została tylko jedna opcja – zaryzykować.
        Nadal niepewnie, stanęła naprzeciwko okna. Te czerwone smugi, niemalże chwytały końce jej fioletowego płaszcza. Nie mogła zawieść, Bestia musiał wyjść z tego żywy. On na nią liczył, wbrew temu, że leżał nieprzytomny.
        – 3, 2, 1 – szepnęła cicho, opanowując drżenie głosu.
       Skoczyła.
Szyba pękła na miliony ostrych kawałków, drażniących jej, jak zapewne i jego, skórę. Przymknęła powieki, bojąc się dalszego ciągu wydarzeń…
        Spadli, waląc o coś twardego. Nie widziała, co to było, powieki ciągle miała przymrużone. Otworzyła zamglone oczy, ujrzała coś szarego przed sobą. Desperacko wciągnęła tlen do żarzących się płuc.
        Resztkami sił położyła Zielonego na nieznane podłoże. Chyba nie doznał poważniejszych obrażeń po skoku.
,,To dobrze” – uśmiechnęła się nieznacznie.
        Wiedząc, że udowodniła coś sobie, opadła bezwładnie na kafle. A powieki ponownie się zamknęły. Tym razem jednak nie z jej własnej woli…
Robin:
        – Dobra, idę – poinformowała mnie, zgarniając blond włosy z czoła. Jej jaskrawo-zielone oczy świeciły determinacją. Otarła zabrudzoną popiołem twarz. – Gdybym nie wróciła za 10 minut… Wtedy możecie się niepokoić.
Po usłyszeniu tych słów  mój wzrok się wyostrzył. Odtwarzałem przed chwilą wypowiedziane zdania w skupieniu. Pokiwałem roztargniony głową.
        – Idę z tobą – oznajmiłem. – Bądź co bądź, muszę mieć pewność, że Bestii i Raven nic się nie stało.
Przenikliwe i błyszczące jasno źrenice przyglądały mi się dogłębnie. Niedługo potem Julia spuściła opanowaną twarz ku dołowi, odwróciła się wolno, by zaraz popędzić w stronę willi. To chyba znaczyło, że się zgodziła. Prawdopodobnie…
Bez zastanowienia ruszyłem za nią, zatrzymując się przed zrujnowanym budynkiem.
        Żółto-czerwone płomienie otulały swym blaskiem całą ścianę. Gorąco zawitało na mojej cerze w postaci dwóch rumieńców. Spojrzałem na Julię, która nieprzerwanie wlepiała skupione spojrzenie w blask ognia. Po woli, lecz zdecydowanie wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Westchnęła wyraźnie i zamknęła powieki. Przez krótką chwilę stała spokojnie, mimo iż na jej skórę wdarł się żółty jęzor, z wolna zakrywając obszernie. Zmarszczyła niezadowolona brwi i syknęła gwałtownie. Czyli jednak ona to odczuwała…
        W tempie natychmiastowym chwyciłem jej dłoń, przerywając to wszystko.
Otworzyła nagle oczy. Widząc zaistniałą sytuację, zacisnęła stalowym uchwytem paznokcie na moim nadgarstku. Jej rozpalona do granic czerwoności twarz znieruchomiała. Automatycznie zerknąłem na jej gniewne spojrzenie, ciskające we mnie piorunami.
- Robin! – krzyknęła głośno, mocniej zaciskając palce. – Póść! Musimy im pomóc!
- Dostaniemy się inaczej, poszukamy innego wejścia. Nie możesz ryzykować. Nie wiem jak ty, ale chciałbym wrócić do wieży w pełnym składzie.
        Wyszarpnęła kończynę z mojej dłoni i obdarowała pełnym jadu wzrokiem.
- Sama sobie poradzę.
        Później usłyszałem przedzierający powietrze huk.
        Obaj spojrzeliśmy w kierunku źródła nieznośnego dźwięku.
Miliony szklanych, ostrych niczym brzytwa, kawałków uniosło się w powietrzu. Wir małych, lśniących odłamków, a w jego wnętrzu… Raven i Bestia…
        Spadli z impetem waląc o kafelkowane podłoże.
Obaj, w tym samym czasie, obdarowaliśmy się grymasem zaskoczenia.
       Moje nogi oderwały się z miejsca, zbliżając w stronę tych dwojga. Uklęknąłem obok Ciemnowłosej i Zielonego, zrywając kawałek czarnego materiału  peleryny. Przepełniony negatywnymi emocjami, zacząłem opatrunek nogi Bestii.
        Julia wyciągnęła telefon z pasa, spoczywającego spokojnie na biodrach. Zapewne zadzwoniła po pomoc, gdyż ciągle słyszałem podstawowe odpowiedzi, takie jak: ,,Ulica Dramson Street 78„, ,,Mija„itp.
Ostatni raz spojrzałem na pogrążoną w śnie Rae. Blade policzki z zadrapaniami, z których leniwie sączyła się krew. Fioletowe włosy leżały bezwładnie, rozsypane na ziemi. Usta drgnęły delikatnie do góry, ukazując zadowolenie i pewnego rodzaju radość. Pewnego rodzaju, jeśli mówimy tu o Raven.
        Delikatnie dotknąłem jej rozpalonego do granic możliwości czoła.
,,Ja już jestem gotowa, Robin„.
Czy powinienem odstąpić od niej z niedowierzaniem wymalowanym na ustach? Prawdopodobnie tak, jednak ja tego nie uczyniłem.
,,Jeszcze nie, Raven” – moja dłoń wciąż spoczywała na jej czole. ,,Jeszcze trochę z nami pobędziesz” – uśmiechnąłem się w duchu, co ona widocznie odczuła.
                                                                                                                                                ~~$~~
        Siedziałem u siebie w pokoju, rozłożony na łóżku. Akcja skończona, Rae i Bestia leża spokojnie w sali szpitalnej, wciąż nieprzytomni. Po woli odzyskują siły.
Spojrzałem na zegarek  - jest 15. O 17 wychodzę. Jeszcze tylko 2 godziny.
        Kątem oka zerknąłem w stronę okna, przypatrując się szczegółowo – niedaleko rozciągają się wieżowce, a na ulicach panuje ruch. Chaos… Tak jak w mojej głowie…
Westchnąłem ciężko, rozluźniając mięśnie. Muszę sobie wiele rzeczy poukładać.
          Z rozmyślań wyrwał mnie trzask drzwi. Szybko oprzytomniałem, spoglądając na zakapturzoną postać, wpatrującą się we mnie w skupieniu.
- Jak nas znaleźliście? – powiedziała dynamicznie.
        Zupełnie nie spodziewałem się tego pytania i w pewien sposób zbiło mnie ono z tropu. Tym bardziej że Raven nie należy do osób emocjonalnych, na wszystko reaguje w podobny sposób. A więc skąd to zachowanie? Zmarszczyłem brwi, czekając na rozwinięcie wypowiedzi.
- W jakich okolicznościach? Czy widziałeś jak… – przerwała, oczekując odpowiedzi.
W tej chwili zrozumiałem.
- Tak.
Zapadła cisza, która najwyraźniej spodobała jej się. Doskonale wiedziała, że zaraz przejdę do tej męczącej części rozmowy.
- Jak to przebiegło? Napotkaliście coś wartego uwagi na swojej drodze? 
        Z widoczną rezygnacją odparła cicho:
- Daj sobie z tym spokój, przecież wszystko się udało, tak?
Wolnym krokiem opuściła pomieszczenie, jakby mnie tu wcale nie było.
Ja wpatrywałem się tępo w drzwi.
_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Przepraszam za długą nieobecność, ale niestety tak będzie do wakacji. Nauka mnie niszczy, widzicie co się tutaj dzieje? Ja, zamiast się rozwijać, głupieje, co widać po tekście. Trochę nieudany… :’(
Zwykle bawiliśmy się i udawaliśmy, 
Nadawaliśmy sobie inne imiona. 
Budowaliśmy rakiety kosmiczne 
I odlatywaliśmy nimi daleko stąd.
Marzyliśmy o kosmosie, 
Ale teraz śmieją się nam prosto w twarz,
Mówiąc „Wstawaj, musisz zarabiać pieniądze!” – Twenty One Pilots – Stressed Out

 

 

 

Rozdział 35 – Przykro mi Bestio…

30 kwi
Raven:
        Siedziałam na ławce, w pobliskim parku. Dookoła żadnej żywej duszy, tylko ja i to chłodne powietrze, muskające plecy. Noc była ciemna, a niebo idealnie czyste, zalane głęboką czernią. Najbliższe otoczenie pachniało świeżą trawą. Niedaleko stała fontanna, spowita w cieniu. Teraz została wyłączona, więc nie widziałam kropel wody, unoszących się w powietrzu. A szkoda… to bardzo ładny widok.
        Ładny… Czy ja w ogóle wiem, co to znaczy? Tak naprawdę? Ładny może być krajobraz, kolorowy motyl, intensywnie czerwona róża. Nie, to ostatnie chyba nie. Róża jest kwiatem zdradzieckim, a jej kolor to krew poległych. Dusza może być ładna, ja niestety takiej nie poznałam. Znaczy, przez chwilę myślałam, że jednak istnieje. Myliłam się…
        Spojrzałam na widok, rozciągający się przede mną. Na piaskowej dróżce ujrzałam sylwetkę. Od razu rozpoznałam, do kogo należała. Zamarłam w bezruchu.
Właśnie teraz powinnam zerwać się z miejsca i uciekać jak najdalej. Dlaczego więc ja ciągle siedzę? Zerwij się i biegnij! Tak jak to sobie zaplanowałaś.
        Zajął miejsce tuż obok mnie. Dotknął delikatnym ruchem mojej dłoni. Dynamicznie odsunęłam ją z urazą.
- Zostaw mnie… – szepnęłam. – Zabiłeś, mimo obietnicy.
        Zapadła cisza, przerywana pojedynczymi oddechami.
- Rah, ja musiałem – odpowiedział bezradnie.
        Zmarszczyłam niezadowolona brwi.
- Musiałeś… Dlaczego? Bo Slade ci kazał? – rzekłam ironicznie.
        To bolało. Ten fakt, że jednak nie liczy się ze mną, że nic dla niego nie znaczę. Niby zdążyłam przywyknąć, ale mimo tego wciąż boli.
- Po prostu nie było innego wyjścia – oznajmił z żalem. Chciał coś ukryć.
       Spuściłam głowę w dół. Nie potrafiłam spojrzeć w te jego kasztanowe oczy. Ogarnął mnie zawód, on kłamał.
- Jakiego: ,,Innego wyjścia”? – spytałam wciąż z pustką, obserwując kawałek brązowej gleby. Zastanawia mnie, co teraz wymyśli…
        Znowu głucha cisza. Jednak tym razem obojętna, a przynajmniej dla mnie. To, co powie, nie miało żadnego znaczenia. Bo i tak wiem, że to zdradzieckie słowa.
- Gdybym nie zabił tej osoby, to Slade zabiłby cię.
        Rozszerzyłam gałki oczne do granic możliwości, a krew przyspieszyła swój obieg. Wyznał prawdę, to słychać, po głosie. Podniosłam twarz ku niemu i zerknęłam na zrezygnowane źrenice. Ciemne i smutne…
- A więc… niech mnie zamorduje – odrzekłam opanowana.
        Mógłby to zrobić. Wbić chłodny sztylet w bladą szyję. Mógłby. Zawsze chciałam móc się poświęcić, dla dobra innego człowieka. Udałoby mi się wynagrodzić, to, kim jestem. Mam nadzieję…
Jego oczy jakby znów odżyły, świeciły determinacją. Usta ułożył w dziwny grymas, a ciepłymi dłońmi złapał za mój podbródek. Przyglądał mi się przez pewien czas, ja również spoglądałam na jego czarne włosy, opadające bezradnie na lekko opalone czoło. Następnie odrzekł:
- Ty tego naprawdę chcesz… – te słowa zabrzmiały jak stwierdzenie. Ani nutki niepewności. – Ci te myśli przychodzą z taką łatwością, a ja nawet nie jestem w stanie tego sobie wyobrazić.
- Dobrze wiedziałeś o tym od początku – mruknęłam pod nosem. – Ja po prostu pragnęłam udowodnić coś światu.
- Mi już udowodniłaś, czy to nie wystarczy?
- Mi wystarczy, ale czy każdemu wystarczy. Prawdopodobnie nie zauważyłeś, ale obywatele mają co do mnie pewne wątpliwości. Niby ratuję miasto, ale oni dobrze wiedzą, do czego jestem zdolna – przerwałam w zastanowieniu. – W sumie nieważne. Ja już muszę iść.
- Nie, na razie dokończmy rozmowę. Nigdzie ci się nie spieszy – podniósł swój ton głosu, wypowiedział te słowa stanowczo.
        Zdziwiło mnie jego zachowanie, jeszcze nigdy tak się do mnie nie odnosił. Odsunęłam się od jego sylwetki.
- Owszem spieszy – stwierdziłam zaciekle. – A w dodatku już ją skończyliśmy – wstałam powoli i otrzepałam zabrudzone kolana.
Ustał przede mną, uniemożliwiając pójście dalej.
- Jeszcze nie skończyliśmy. Nic mi nie mówisz. Dlaczego?
- Bo… sprawy się pokomplikowały… – jęknęłam niewyraźnie.
        Spojrzał na mnie ze współczuciem. Zapewne zrozumiał, tylko on właśnie powinien nie zrozumieć.
Objął mnie swoimi ramionami, a ja poczułam jego ciepłą klatkę piersiową.
- Przepraszam – wypowiedział szczerze. – Jeszcze wszystko się ułoży.
Mocniej zacisnął swoje ręce na moich plecach. Odetchnęłam z ulgą.
- Teraz chyba tak.
        Staliśmy tak przez… sama nie wiem ile. A ja czułam, że mogę tu długo siedzieć. On rozumiał i starał się mi pomóc. Jego dusza jest bardzo ładna. Nie myliłam się…
Julia:
        Ponownie przekręciłam się na drugi bok. Westchnęłam zrezygnowana – chyba nigdy nie zasnę. Mimo iż powieki co chwila same opadały, ja nie potrafiłam się wyciszyć. Mój wzrok powędrował ku górze, wpatrywałam się teraz w biały sufit z pustką.
Kiedy ona wróci? Najgorsze jest to, że nikomu nie powiedziałam. I nie mam zamiaru mówić. Muszę uciekać, znowu… Czas mnie goni, ale ja nie potrafię opuścić tego miejsca. Przywiązałam się. Ludzie często to robią, a ja w pewnym sensie należę do nich. Dziwnym wydaje mi się to, że udało mi się przetrwać. Teraz inni biorą mnie za normalną dziewczynę, w głębi duszy natomiast nie czuję tego. Tej normalności… Przecież już dawno powinnam zamienić się w jakąś maszynę do zabijania. Może to, że zachowuję jakieś normy, jest zasługą losu? Czy Bóg pokłada we mnie jakieś nadzieje?
        Usłyszałam cichy szmer. Później dźwięk pociągania za drzwi. Odwróciłam twarz ku wejściu. W drzwiach stał Robin, opierając się beztrosko o ich dębową framugę. Miał czerwone policzki i oddychał głęboko. Zapewne dopiero wrócił. Podniosłam się i obejrzałam dokładnie jego twarz. Był… szczęśliwy. Tak naprawdę, tak w pełni. Uśmiechnęłam się do niego, widząc szczerość w radosnym spojrzeniu.
        Pewnie uznacie moje stwierdzenie za dziwne, ale ja naprawdę to zauważyłam. Zazwyczaj również podzielał z nami nasze rozbawienie i śmiał w grupie. Jednak to było nie do końca prawdziwe. W duszy miał pewną pustkę, którą udało mu się w końcu zapełnić. A przynajmniej w części…
- Coś się stało? – zapytałam ciekawa.
- Tak – odpowiedział pewnie. Podszedł powoli w moją stronę i usiadł obok. – Znalazłem ją.
        Obdarowałam go niedowierzającym spojrzeniem. Moje kąciki ust podniosły się jeszcze bardziej do góry. Udało mu się, teraz wszystko się ułoży! Będzie mu o wiele łatwiej… w życiu.
- Robin, to… – nie mogłam znaleźć słowa, na wyrażenie w odpowiedni sposób, tlących się w środku emocji.
- Niezwykłe? Dokładnie – oznajmił. – Tylko nikomu o tym nie mów.
Ogarnęły mnie mieszane uczucia. Dlaczego nie chciał o tym wspomnieć? O tym, co osiągnął?
        Zmarszczyłam brwi, a usta wygięłam w niezrozumieniu.
- Wiesz… – zaczął wyjaśniać, widząc moje zakłopotanie. Nagle jego twarz wypełniła powaga. – Nie chcę im o tym mówić, ona też tego nie chce. Po prostu nie mam ochoty wspominać przeszłości przed Tytanami. Łatwiej zachować to w tajemnicy.
        Pokiwałam ze zrozumieniem głową.
- Tak, ja też nie lubię tego robić.
Spojrzałam na granatową pościel i dotknęłam opuszkami palców. Miękki i przyjemny w dotyku materiał, spowodował u mnie niewyraźne ziewnięcie. Przetarłam chłodne policzki sennie.
- Jak ona się nazywa? – zapytałam, przerywając napiętą atmosferę, panującą dookoła.
- To Caxi – oznajmił z lekkością.
        Naprawdę? Caxi? Dlaczego ja się wcześniej nie domyśliłam? Przeczuwałam, że coś tu nie gra. Te jej błękitne tęczówki wydawały mi się bardzo znajome. Lodowate i ciepłe zarazem… Zacisnęłam piąstki niepewnie. A jeśli ona mu o wszystkim powiedziała? Mam przechlapane…
- Cudownie jest spotkać kogoś, na kim ci zależy? Kogo naprawdę kochasz, co? – podniosłam oczy, wypatrując jego reakcji.
        Jednak nie ujrzałam nic, poza opanowaniem.
- Spotkałem już kogoś, kogo naprawdę kocham. Przecież drużyna…
- Naprawdę drużyna jest dla ciebie tak ważna, że porównujesz ją do swojej rodziny? – mruknęłam, wkładając jeden z natrętnych kosmyków za ucho. Nie odrywałam wzroku od widoku za oknem. Pochmurna noc. Tak jak moje myśli – zagmatwane.
- Drużyna jest rodziną – oznajmił bez cienia wątpliwości.
Jego mimika wyrażała zastanowienie. Skierował na mnie zastanawiające spojrzenie, skryte pod maską. Poczułam jego ciepły oddech na szyi i badawcze spojrzenie, analizujące moją cerę jakbym była obiektem, który on musi dokładnie przejrzeć.
- A twoja rodzina? Nie kochasz jej? Rodzina, od której odeszłaś?
        Momentalnie zmiękłam. Kocham ich, wciąż tak samo. Mimo że oni o mnie już zapomnieli, mimo iż nie powiedzieli o mojej adopcji, mimo iż nie byli biologiczną rodziną. Miłość nie zniknęła, a co za tym idzie – ślad po ich zniknięciu z mojego życia też zniknął.
- Tak – rzekłam krótko i cicho, by nie usłyszał żalu w moim głosie.
        I tak ją dostrzegł.
- A Tytanów?
- Też.
- No widzisz. Teraz rozumiesz, o co mi chodzi. A więc już idź spać, bo jutro wychodzimy.
Ustał na równych nogach oraz podszedł ku wyjściu.
- Do niej? – powiedziałam energicznie.
        Jednak on już opuścił pomieszczenie…
                                                                                                                                                                                                                           ~~$~~
        Podniosłam się gwałtownie. Zeskoczyłam z łóżka oraz dobiegłam w tempie natychmiastowym do szafy. Otworzyłam z impetem dębowe drzwiczki i wyjęłam swój kostium. Zaczęłam naciągać go na ciało, podskakując w miejscu. Kiedy już skończyłam, popędziłam w stronę salonu. Alarm nieprzerwanie wył mi w uszach.
        Ustałam na środku pomieszczenia oraz przyglądałam się ogólnemu chaosowi. Każdy (no poza Robinem i Raven) szykował się, brał potrzebne przedmioty. Spojrzałam na zacieniony pokój. W tym pośpiechu nikt nawet nie zdążył włączyć światła.
- Co się stało? – spytałam już w pełni trzeźwa i świadoma.
- Rój zaatakował. Willa Braunów… – powiedział Robin jak zwykle opanowany. Przeniósł wzrok na wszystkich tu zebranych i zabrał ponownie głos. – Dzielimy się na trzy grupy. Gwiazdka z Cyborgiem, Raven z Bestią i Julia ze mną. Są trzy skrzydła, więc po kolei bierzemy pierwsze, drugie i trzecie. Wszystko jasne?
        Pokiwaliśmy głowami, dając znak pełnej gotowości. Automatycznie ruszyliśmy prosto do garażu. Robot odpalił T-rcedesa, no i ruszyliśmy w drogę, ku nowej akcji. Akurat wtedy, kiedy właśnie udało mi się odprężyć i zamknąć powieki do snu…
Bestia:
        Dojechaliśmy na miejsce już po paru minutach. Przecież kierował Cy, więc co tu się dziwić? Wszyscy wysiedliśmy w tempie natychmiastowym, ruszając ku wytwornej willi. Wielki pałac, przyozdobiony milionami jasnych źródeł światła, mizernie rzeźbionymi ramami okien, eleganckimi balkonami oraz szerokimi, wykonanymi z lśniącego marmuru, schodów, teraz wyglądał niczym pobojowisko. Przerażeni goście stali na zewnątrz, patrząc na niszczony dobytek.
        Nikogo z Roju nie widziałem, zapewne są w środku. Dlaczego więc ten budynek jeszcze tu stoi?
Spostrzegłem sylwetkę Rae. Podbiegłem w jej kierunku.
- Które mamy skrzydło? – zapytałem dynamicznie.
- Drugie, nie słuchałeś? – zasyczała szorstkim tonem oraz skierowała dwoje fiołkowych oczu w moją stronę. Pełne były irytacji…
- Tak w sumie, to nie – uśmiechnąłem się złośliwie, na co ona zareagowała głośnym westchnięciem.
- Lepiej chodźmy -odrzekłapodbiegła w stronę wytwornego wejścia. Pokierowałem swe kończyny za nią.
W tej chwili znajdowaliśmy się w środku, lecz tam towarzyszyła nam tylko pustka… Cztery jasne ściany i duża ilość zabytków, doszczętnie zniszczonych.
- W prawo – pokierowała i wskazała rękę ową drogę.
Korytarz z szarymi ścianami i wyłożonym na środku czerwonym dywanem, rozciągającym się przez całą jego długość.
        W mgnieniu oka znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu. Obszerne sala z widokiem na zewnątrz – piękne, nocne niebo z tarczą srebrnego księżyca. Do balkonu prowadziło kilka stopni, okrytych żółtymi kaflami. Gdyby się dokładnie przyjrzeć, to cała przestrzeń dookoła miała właśnie tę barwę koloru… No i jeszcze liczne rzeźby, porozstawiane po bocznych ścianach…
        Czekali tam na nas Mamut i Gizmo. Śmieli się między sobą, niszcząc kolejne dzieła sztuki. Spojrzałem na Kruczka, ale ona już toczyła walkę z małym informatykiem. Ja skoczyłem, w postaci byka, na Mamuta.
                                                                                                                                                               ~~$~~
        Wrogowie leżeli związani na ziemi. Uśmiechnąłem się z satysfakcją – to już koniec, wygraliśmy.
A przynajmniej wtedy tak myślałem… Jaki ja byłem nieodpowiedzialny i naiwny! Powinienem rozejrzeć się dookoła, zerknąć okiem.
Wygląda na to, że taka już moja natura…
Poczułem ból w okolicach nogi. Przekląłem pod nosem i opadłem bezwładnie na ziemie. Spojrzałem na zakrwawioną nogę, a czerwona barwa zatańczyła mi w umyśle. Spostrzegłem Raven, która zbliżała się w moją stronę, z niepokojem wymalowanym na twarzy. Uklęknęła tuż obok mnie.
- Cholera! – powiedziała pod nosem, obserwując moją ranę.
Widok, rozciągający się przede mną, zaczął się rozmazywać. Widziałem tylko różnokolorowe plamy, które łączyły się w jedną wielką niewiadomą. Wciągnąłem zdenerwowany powietrze do płuc. W najgorszym wypadku wykrwawię się na śmierć! To nic takiego…
Ona natomiast wciąż myślała intensywnie nad racjonalnym wyjściem. Jeśli takowe istniało… Po pewnym czasie nieznośnej ciszy wypowiedziała to jedno zdanie.
- Chyba innego wyjścia nie ma… Przykro mi Bestio.
Przestraszyłem się nie na żarty. Co ona miała zamiar zrobić?!
Zagięła czarne rękawy swojego body i położyła dłonie na moim czole. Chłodne mrowienie przeszło po mnie. To przyjemne uczucie odrętwienia nie trwało jednak zbyt długo. Zaraz potem odczułem zupełnie przeciwny stan.
Moja głowa jakby eksplodowała. Ból rozprzestrzeniał się po każdym zakamarku umysłu. Ręce i nogi drżały, a ja nie miałem na to wpływu. Czoło pulsowało intensywnie, a ja złapałem się za gorące skronie. Z moich ust wydobywały się pojedyncze krzyki, których ja nie mogłem w żaden sposób uciszyć. Ten rozszywające cierpienie trwało prawdopodobnie wieczność… Prawdopodobnie…
Moje powieki opadły bezwładnie na gałki oczne. Nic nie widziałem, nie słyszałem i nie czułem…
_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________
1991 słów  :mrgreen: ! Przy okazji chciałabym wam podziękować, ponieważ jest tu aż 7000 wejść  :-D !! I jak Rachel, podoba się? Mówiłam, że mam zamiar przedłużyć rozdział. To była jedna z takich nagłych pomysłów  ;-)… Zapraszam na moją stronę na Facebooku z rysunkami:  https://www.facebook.com/Flying-Art-Mija-477487082436925/
Byłeś cieniem mojego blasku
Czułeś nas?
Kolejny początek,
zniknąłeś.
Obawiam się, że cel jest poza naszym zasięgiem -
chcę zobaczyć nas,
żywych. – Alan Walker – Faded
 
 
        
 
 
        
 
 
 
 
 

Rozdział 34 – Najważniejsze, że jesteś…

23 kwi
 Caxi:
        Opierałam się o jeden z murów mieszkalnych. Czułam chłód czerwonej cegły i wciągałam chłodne powietrze. Wieczór przemijał jak zwykle, rutyna zauważalna była na kilometr. Sama na opustoszałej ulicy, spoglądałam na pustkę przed sobą.
        Gdyby nie on, nie nazwałabym tego dnia niesamowitym. Zaliczałby się do zwyczajnych i tak samo przemijających w umyśle, zapadających na samo dno podświadomości.
Na szczęście ujrzałam go, spacerującego spokojnie w ciepłym świetle lampy. Ubrany był tylko w dżinsy i biały podkoszulek, niedbale zakryty skórzaną kurtką. Na nosie czarne okulary przeciwsłoneczne, które nie przepuszczały żadnej jasności.
        Nagle poczułam przypływ adrenaliny, a krew przyspieszyła swój obieg. Uśmiechnęłam się pod nosem z satysfakcją. Jeśli go pokonam, to będzie przełom. Przecież to nie może być zbieg okoliczności, los nie miał tu nic do czynienia. To wszystko zostało zaplanowane, bym ja mogła udowodnić coś światu. Zabiję go jeszcze dziś…
        Zaczęłam biec w stronę Robina. Zza pleców wyjęłam moje sai. W pośpiechu odgarnęłam grzywkę z twarzy. I tylko to, nic więcej. Odwrócił się w moją stronę, choć ja stałam kilkadziesiąt metrów za nim. Wiedział, że tu jestem, od początku zdawał sobie z tego sprawę. Dlaczego więc nie zaatakował?
        On spojrzał na mnie, ze spokojem wymalowanym na twarzy. W czerwonej i wysuszonej od zimna ręki trzymał swój kij. Zmarszczyłam z irytacją brwi i ruszyłam przed siebie.
Zaczęłam walkę szybkim przecięciem powietrza swoją bronią. On niestety ominął zgrabnie ostrze i uderzył mnie laską w plecy, jednym zgrabnym ruchem. Kontynuowałam, lecz on wciąż nie był nawet draśnięty, a ja zaczynałam się powoli męczyć.
    – Kto ci kazał mnie zabić, od kogo masz to zlecenie? – zapytał, zadając mi ból w okolicach brzucha.
        Upadłam na ręce, zrobiłam salto i skoczyłam w jego kierunku. Starałam się podciąć mu nogi, jednak on przeskoczył je i jednym uderzeniem w dłoń, wytrącił moją broń. Czym prędzej wyjęłam z kieszeni czarnych dresów sztylet. Staliśmy naprzeciwko siebie, dosyć daleko, a on gapił się pustym wzrokiem w ziemię. Jego usta spowijał dość nietypowy grymas, wyglądał na zaskoczonego. Również przeniosłam wzrok na nierówny bruk.
        Cholera! Zdjęcie!
- Co to jest? – uniósł na mnie wzrok, którego nigdy nie byłam w stanie oglądać u superbohatera. Takiego jak on…
      Niedowierzanie, zdezorientowanie i czysta niewiedza wypełniła jego zawsze opanowaną sylwetkę.
- Nic ważnego – syknęłam w jego stronę z nienawiścią. Nie powinien się tym interesować.
        Schyliłam się, by podnieść pamiątkę z dzieciństwa, lecz on gwałtownym szarpnięciem zabrał ją z mojej dłoni. Przyjrzał się uważnie i podniósł głowę ku górze.
- Jessica – oznajmił z takim zdecydowaniem, jakby znał mnie… od zawsze.
       W mojej głowie kłębiły się różnorodne pytania. Żadnej odpowiedzi.
Zbliżył się w moją stronę i przyjrzał uważnie. Choć dzierżyłam w dłoni sztylet, on wcale nie bał się podejść. Cóż za niedorzeczność! Przecież w ułamku sekundy mogłabym mu odebrać życie. Nie uczyniłam tego… To nie zwycięstwo, którego oczekiwałam. Chciałam osiągnąć to w inny sposób.
- Skąd wiesz? – przyjrzałam się jego postaci czujnie. Lekko opalona cera i czarne niczym węgiel włosy oraz usta niewyrażające nic, co ja mogłabym zauważyć.
       I właśnie w tej chwili uczynił coś, czego nikt by się nie spodziewał. Po woli zdjął okulary z oczu, a ja zobaczyłam intensywnie granatowe oczy. To… to niemożliwe…
- Dick, to ty – wyszeptałam cicho, jąkając się przeraźliwie. Serce zabiło szybciej.
Oboje objęliśmy się nawzajem. Poczułam silnie zaciskające się ramiona na moich plecach.
        To wydawało się nierealne – Robin, ten Robin, którego jeszcze niedawno chciałam zabić, był… moim bratem.
- Dick…, ja przepraszam – jęknęłam cicho. – Musiałam uciekać…
- Nic się nie stało. Najważniejsze, że jesteś – uśmiechnął się pocieszająco, a ja odetchnęłam z ulgą. Teraz wszystko będzie wyglądało inaczej.
Gwiazdka:
        Cicho i dyskretnie otworzyłam drzwi, które zaskrzypiały głośno. Czym prędzej zamknęłam je, a przed sobą zobaczyłam ciemną komnatę. Ciemnofioletowe ściany otaczały mnie ze wszystkich stron, a jedyne źródło światła, okno, zasłonięto czarną roletą. Granatowo-fiołkowe meble dodawały jeszcze większej powagi temu miejscu. Zdobione lustro wisiało nad staroświecką komodą. Księgi leżały na szafce, idealnie poukładane, w kolejności alfabetycznej. Pewnie niedawno robiła tu porządki…
        Podeszłam w ich kierunku. Zaczęłam usilnie szukać odpowiedniej księgi, starając się nie zamienić całego otoczenia w ruinę. Ta księga miała chyba tytuł: *,,Pactum Speculo”. Tak, coś w tym rodzaju…
Z coraz większą irytacją, oglądałam ozdobne litery i grzbiety twardych okładek. Westchnęłam zrezygnowana – to zajmie sporo czasu. Raven za chwilę skończy medytację i tu wróci. A wtedy będzie źle…
        Jak na zawołanie usłyszałam tupot czyiś stóp. Odwróciłam się powoli, a przed sobą ujrzałam jej zaniepokojoną twarz. Błyszczące źrenice patrzyły na mnie inteligentnie.
- Co tu robisz? – poprawiła swój płaszcz i włożyła na głowę kaptur.
- Ja… chciałam… cię o coś poprosić – odpowiedziałam ściszonym głosem. Na moje policzki wyskoczyły dwa obfite rumieńce. Czując gorąco, uśmiechnęłam się szeroko.
- A o co? – obdarowała mnie czujnym spojrzeniem, w którym nie widziałam ani trochę chłodu. Było takie troskliwe i ciepłe.
        Mruknęłam niezauważalnie. Co mam jej powiedzieć? Nie chcę wyjawiać sekretu. Wolę jej nie martwić, przecież nie będę zaprzątać jej głowy takimi bzdetami. Jednak jeśli nic jej nie powiem, nie pomoże mi.
- A czy mogłabyś dać mi księgę *,,Pactum Speculo”? – spytałam niewyraźnie. Dopiero teraz zorientowałam się, jak to głupio musiało zabrzmieć.
        Ona mimo tego podeszła do komody, tuż przy łóżku. Otworzyła ją i z gracją wyjęła przedmiot.
- Masz jakiś problem? O co chodzi? – usiadła obok mnie, na ciepłym dywaniku. – Chyba że nie masz ochoty mówić?
- Po prostu chcę porozmawiać z mamą. To nic takiego, nie musisz się przejmować.
        Pokiwała ze zrozumieniem głową. To właśnie w niej lubiłam najbardziej – ona wszystko zrozumie, gdyż miała bardzo trudne życie. Współczuję jej i to bardzo, ale ona zawsze mówi, że nie potrzebuje pomocy.
- Dzięki Rae – kąciki moich ust podniosły się do góry. Nie odwzajemniła tego gestu, lecz ja czułam, że troszczy się o mnie. O wszystkich. Tylko tego nie pokazuje… Opuściłam komnatę i ostrożnie zamknęłam za sobą wrota.
Robin:
        Pokręciła tylko z niedowierzaniem głową. Uśmiechnąłem się na to wspomnienie, było cudowne…
Obaj siedzieliśmy w starej kawiarence, o miłym, żółtym wnętrzu i intensywnie czerwonych stolikach. Opierałem się o białe krzesło i myślałem o dzisiejszym dniu. Siedzieliśmy tu ponad godzinę i nadrabialiśmy stracony czas.
        – Pamiętasz jak z rodzicami pierwszy raz chodziliśmy po linie – rozradowała się. Pełna życia i energii – to siostra, jaką doskonale znam.
- Ta… tata powiedział, że niedługo i ty będziesz mogła z nami występować.
        Natychmiastowo posmutnieliśmy, a na naszych radosnych ustach pojawił się cień żalu.
- Tak, miałam występować w Star City. Nie udało się… – przerwała zrezygnowana ciąg tamtych zdarzeń. – Dick, wiesz… Ja pracuję z pewną osobą. Miałyśmy za zadanie cię zniszczyć…
- A z kim? – zaciekawiłem się nagle, ponieważ miałem pewne przypuszczenia. A nawet byłem ich pewny.
- Nazywała się Callia – pomachała obojętnie ramionami. Na jej drobnej twarzy zobaczyłem czysty upór. – Powstrzymam ją.
        Uśmiechnąłem się pod nosem, kiwając powoli głową. Spojrzałem na filiżankę z niedopitą kawą oraz dotknąłem dłońmi ciepłej porcelany.
- Nie ma potrzeby. Znam ją.
        Jej błękitne oczy rozszerzyły się w kompletnym zdezorientowaniu.
- Ale skąd? – wyjąkała, nie odrywając ode mnie gałek ocznych.
- Ona należy do Tytanów – wyjaśniłem niedokładnie.
        Spojrzałem na resztę stolików, które w większości były już opustoszałe. Tylko nieliczni kelnerzy biegali w pośpiechu, pytając grzecznym tonem o zamówienie. Wybredni klienci wybierali co chwila nowe dania i systematycznie powiększali zamówienia.
- Zaczekaj – ogarnęło ją zastanowienie. – Czy to przypadkiem nie jest Mija? – Odgarnęła brązowe loki z czoła.
- Tak – odpowiedziałem krótko.
- A więc to dlatego X ją zaatakował! – jej kąciki ust podniosły się triumfująco. – Zdradził Sladea, więc nie wiem, jak ucieknie.
- Spokojnie, ona ma już swoje sposoby – odpowiedziałem pewnie, gdyż co do tego nie było żadnych wątpliwości.
- Jeśli tak mówisz – oznajmiła obojętnie, biorąc kubek czarnej cieczy do ust. Odetchnęła wyraźnie, wiedząc, że teraz wszystko będzie łatwiejsze. Też tak uważałem.
        Wziąłem fotografię, leżącą na blacie stolika. Specjalnie ją tu położyła, więc czemu mam nie skorzystać? Obejrzałem ją uważnie.
Widoczny tu był występ. Ten ostatni… Tata z mamą wykonywali swoje akrobacje z największą dokładnością. Ja czekałem na swoją kolej, która niestety nie nadeszła. A Jessica nawet razu nie mogła… To było takie niesprawiedliwe. Życie było niesprawiedliwe, szczególnie dla naszych rodziców…
_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Skończyłam! Za dużo do powiedzenia dziś nie mam  :mrgreen: .
Wczoraj umarłem, jutro krwawi
Zapadam się w twoje światło.
Przyszłość jest szeroko otwarta, poza nadzieją.
By wiedzieć, dlaczego ją tracimy.
Gdy tracimy coś co znaleźliśmy, świat jest taki pusty.
Zawieszony w kompromisie.
I stanę się zwolennikiem ciszy tego dźwięku.
W jakiś sposób zajdzie słońce. – Trading Yesterday – Shattered
 
 
 
 
 

Rozdział 33 – Nie mógł sobie darować…

18 kwi
Julia:
    Leżałam na śnieżnobiałej pościeli. Była miękka i świeżo pachnąca. Przymknęłam powieki, by po chwili ponownie je otworzyć. Ziewnęłam przeciągle i podniosłam się, lekko chwiejąc. Oczy miałam zamglone, a najbliższe otoczenie było jedną wielką mieszaniną barw. Dopiero po pewnym czasie zaczęłam widzieć dokładne szczegóły. Wytężyłam wzrok.
Znajdowałam się w pomieszczeniu o idealnie czystych, białych ścianach. Ciemna, drewniana podłoga świetnie współgrała z jasnym odcieniem. Intensywnie czarne meble dodawały powagi i elegancji temu miejscu. Gdzie ja jestem?
    Usłyszałam tupot czyiś stóp. Natychmiastowo odwróciłam wzrok w stronę mosiężnych drzwi.
Stała w nich Caxi, która uśmiechała się pod nosem. Oparła o framugę drzwi i spojrzała na mnie ciekawskim wzrokiem, przyglądając się uważnie. Ja również nie odrywałam od niej, już nieco bardziej czujnych, gałek ocznych.
– I jak się spało? – zapytała, kiwając dezaprobatą głową, wychwytując moje nietypowe zachowanie.
– Czy to była trucizna? – odważyłam się na słowo, kiedy już odzyskałam pełnię świadomości.
Mruknęła coś niewyraźnie.
– Nie, tylko środki usypiające – odpowiedziała pewnie i przeczesała swoje długie, kasztanowe loki. – Może chcesz jakieś ubrania na zmianę, hmm? – odparła z wielką lekkością, obuszkiem palca wskazując na mój strój.
Czy coś z nim nie tak?
    Przyjrzałam się dokładniej kawałkowi materiału, który miałam na sobie. Przetarłam delikatnie w dłoniach – całe w krwi. Poczułam dreszcz zimna, przechodzący po kręgosłupie. Natychmiastowo dotknęłam obolałego miejsca i tam również zauważyłam czerwoną ciecz.
– Czerwony X nieźle cię pociachał – westchnęła cicho, a w jej błękitnych oczach zobaczyłam wyraz współczucia.
– Dlaczego ja mam takie zakrwawione plecy? Przecież nie przypominam sobie, żebym coś sobie z nimi zrobiła.
Słysząc te słowa, na jej przed chwilą blade policzki wyskoczyły dwa rumieńce. Z ust wydobyło się pojedyncze mruknięcie wstydu.
– Ach, bo wiesz… kiedy tak szłyśmy do mnie, w połowie drogi opadłaś na ziemię. Musiałam cię jakoś przetransportować, więc posadziłam twoje ciało na barkach. No i kiedy już się tak lekko zmęczyłam… No przez przypadek ciągnęłam cię przez kilkanaście metrów po jezdni. W końcu zorientowałam się, że trzymałam cię tylko za nogi…, a plecy miałaś całe pokaleczone – podrapała się ze speszeniem w czubek głowy, nie wiedząc co ze sobą uczynić.
Parsknęłam mimowolnym śmiechem.
– Nic się nie stało, gdyby nie ty X pewnie wykończyłby mnie na miejscu – oznajmiłam nadal rozbawiona. Jej kąciki ust również podniosły się do góry.
– Może masz ochotę na śniadanie? – rzekła już bardziej otwarcie, a ja zgodziłam się na tę miłą propozycję.
Obie natychmiastowo wyszłyśmy, a ja maszerowałam za szczupłą sylwetką dziewczyny. Przeprowadziła mnie przez staroświecki korytarz, prosto do kuchni.
Miłe, beżowe wnętrze, z jasnożółtymi kafelkami na podłodze. Na samym środku stał drewniany stół, a pod ścianą lodówka, kuchenka oraz szare szafki. Wszystko w idealnym porządku i ładzie. Nie to, co u nas…
– To, co podać? – zapytała z entuzjazmem, kręcąc się obok kuchennego wyposażenia. Przeglądała prawie opustoszałe szafki, skacząc po podłodze. Jej niebieskie oczy świeciły jasno, a czerwone usta układały w przejrzysty grymas radości.
– Może masz tosty? – odrzekłam, siadając na brzozowym krześle. Od razu oparłam się o łokcie, czekając znudzona.
– Tak, zaraz będą. Idź się trochę obmyć, bo jesteś cała brudna – rzekła, ciągle zajęta przyrządzaniem posiłku. Dłonią wskazała na korytarz. – Drugie drzwi po prawej, myślę, że znajdziesz.
    Podniosłam się i flegmatycznie ruszyłam ku wyjściu. Moja zgarbiona i może trochę wykończona postawa była bardzo wyrazista na tle promiennego miejsca.
– A! Prawie zapomniałam! Przygotowałam dla ciebie ubrania. U mnie w pokoju masz dżinsy i koszulkę na ramiączka.
Jęknęłam cicho, co ona świetnie wyłapała.
– Coś nie tak? – zwróciła ku mnie swoją uwagę, chowając za ucho kosmyk brązowych i jakże natrętnych włosów.
– Może masz coś bardziej…, no nie wiem… maskującego? – mój ton głosu rozluźnił się i stracił na sile.
Ona zaśmiała się pod nosem. Cichy chichot rozbiegł się echem po niewielkim mieszkaniu oraz trafił do moich uszu. Ściągnęłam brwi w niezrozumieniu, wyrażając kompletną niewiedzę.
– Chłopak? – skrzywiłam się na to porównanie. Doskonale wiedziałam, o co jej chodzi…
– Nie, przyjaciele. Nie chcę, by niepotrzebnie się martwili – oznajmiłam, nie pokazując mojego grymasu obrzydzenia. Nie… chłopak to nie dla mnie…
– Aha, no to choć – pokierowała mnie z powrotem do sypialni.
    Kiedy weszłyśmy do środka, ona od razu przymknęła drzwi delikatnym ruchem. Otworzyła jedną z czarno-białych, eleganckich szafek. Bez zbędnych problemów i trudu wyjęła pierwsze lepsze, szare dresy oraz granatową bluzę.
– Trzymaj! – podała złożony w kostkę kostium. – Zaraz przychodź, to może zabandażuję ci te rany.
Pokiwałam głową i podziękowałam szczęśliwym wyrazem twarzy. Ruszyłam w stronę wskazanego wcześniej pomieszczenia.
Ciekawe co będzie jak wrócę do domu?
~~$~~
    Stałam przy wejściu do wieży. Nie chcę, by ktokolwiek mnie widział, ponieważ jeden z bandaży rozerwałam przez przypadek, a cały rękaw bluzy sączył się we krwi. Może jest jakiś inny sposób na przedostanie się do pokoju niezauważoną?
    Otulałam swoje zmarznięte ramiona, ponieważ pogoda nie była zbytnio sprzyjająca. Mróz czułam w każdej z kończyn. Cała trzęsłam się, główkując uparcie. Spojrzałam w stronę wschodzącego słońca, które rozjaśniało fale lazurowego morza. Wciągnęłam rześkie powietrze i szybko zapomniałam o gęsiej skórce i uczuciu lodowatego ciała.
    Podniosłam się nad powierzchnię ziemi, a wiatr zawirował wokół mnie. Źdźbła trawy, jak i pojedyncze listki zatańczyły na otwartej przestrzeni. Szybko wystartowałam i lada moment unosiłam się naprzeciwko okna do mojej sypialni, które było otwarte na oścież. W tej chwili dziękowałam panu losowi za hojny dar. Przemknęłam cicho do środka i zamknęłam przezroczystą przestrzeń szyby jak najdelikatniej. Usiadłam z głośnym westchnieniem na łóżko. Mimo długiej drzemki nadal dryfowałam między snem a jawą. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i dopiero wtedy uświadomiłam sobie coś… Jakiego? Nie mam pojęcia, prawdopodobnie dziwnego.
    Otóż przy jednej z granatowych ścian stał oparty o jej powierzchnię Robin. Spiorunował mnie niepokojącym spojrzeniem oraz zagryzł ze zdenerwowania wargę. Wytarł ręce o dżinsy.
Moje serce zabiło szybciej. Źrenice zmniejszyły się do rozmiaru ziarenek piasku. Przełknęłam nerwowo ślinę, lecz twarz była niczym skała – perfekcyjnie opanowana.
– Coś się stało? – w tej chwili nic lepszego nie przychodziło mi do głowy, więc to zdanie zostało moją ostatnią deską ratunku.
Lider spojrzał na mnie krzywo. Napiął mięśnie jeszcze bardziej, co odznaczało się wyraźnie na czarnym podkoszulku. Odwróciłam wzrok, lękając się tajemniczego spojrzenia. Na swojej drodze napotkałam drewnianą podłogę z granatowym dywanikiem. Bardzo ładnym, bo granatowym…
– Dlaczego nie było cię na noc? – od razu zauważył mój plan działania, dlatego wydawał się jeszcze bardziej nieufny.
    Nagle spostrzegłam, że przygląda się uważnie mojej ręce. Wolno i dyskretnie, by tylko nie wzbudzać podejrzeń, schowałam ją za plecy.
– Nocowałam. U przyjaciółki – uśmiechnęłam się fałszywie. Z każdą sekundą zalewałam się gorącym potem.
    Czy on musi tak działać na ludzi? Straszyć swoimi spostrzegawczymi oczyma oraz prawie że namacalnym autorytetem. Tak, czuje się za wszystko odpowiedzialny, zachowuje ostrożność. No i musi wszystko wiedzieć…
To z tego powodu czuję się osobą podrzędną, lękliwą?
Jak najbardziej.
    – Co ci się stało w rękę – przemieścił się, by doskonale widzieć czerwony rękaw, przylegający do barków.
Znieruchomiałam… Niby wiedział o moich skaleczeniach, ale… Po prostu odczucie grozy odznaczało się tu w dużym stopniu. Jakby wszystko dookoła: pojemna szafa, okryte posłaniem łóżko, spora ilość małych komód, jakby to właśnie posypane było szczyptą tajemnicy.
    – Najzwyczajniej w świecie przewróciłam się – odpowiedziałam zwyczajnie, poruszając bezwładnie ramionami. Zapiekły mocno, a ja pożałowałam tego ruchu. Zasyczałam cicho.
– I z powodu zwykłego przewrócenia się, twoje plecy są całe czerwone – dopowiedział z wyraźną ironią.
Cholera, bandaż przeciekł!
– To… też nic takiego – westchnęłam w umyśle. Ta… nic takiego, mimo iż X załatwił mnie dostatecznie. Nic zupełnie!
– Julia – usiadł blisko mnie – czuję, że coś ukrywasz. I to coś poważnego. Coś tak istotnego, że może zaszkodzić ci w dużym stopniu. Naprawdę będziesz trzymać to w sekrecie? – zapytał mnie tak idealnym tonem, że oczywiście ja musiałam mu wszystko wyśpiewać. Jakby był stworzony do tego… Może tak było?
Zebrałam się w sobie i jednym, pojedynczym wypowiedzeniem opowiedziałam wszystko.
– X – zakomunikował niewyraźnie. – Uważaj na niego. Jest nieprzewidywalny. Tym razem będę towarzyszył ci w każdej misji – oznajmił zaciekle. Nie wyrażał ani słowa sprzeciwu.
Z tego powodu zapewne zdziwił się, kiedy się odezwałam. Też miałam sporo do powiedzenia na ten temat.
– Chyba raczej nie – pokręciłam głową wolno i zdecydowanie. W głębi duszy to podobało mi się takie udowodnienie, że ja też jednak mam tu wybór. – Jeśli masz zamiar przeżyć, to lepiej trzymaj się od tych misji z daleka.
Zmrużył oczy. Ten znak jego niezrozumienia wystarczył mi, bym kontynuowała myśl.
– Powiedzmy, że ktoś próbuje cię zabić. A tak dokładniej ja też w tym siedzę.
Przez jego twarz przepłynęła fala zdezorientowania. Nie wyglądał tak, jak zawsze pewien siebie lider.
– Szukam twojej siostry. A więc muszę stwarzać pozory. Mimo iż Slade się domyślił, to reszta nadal jest niepoinformowana – zakończyłam trafnym spostrzeżeniem i oparłam wygodnie o puszystą pościel.
    On już nie jest taki wściekły, a więc ja mogę się zrelaksować.
– I tak z tobą pójdę. Doskonale wiesz, że nic mi nie będzie. Jakoś damy radę – pokierował się w stronę wyjścia.
    Stwarzał pozory obojętnego na tę sytuację. Jednak ja wiem swoje… On musi znać przeciwnika. Dokładnie… Przypuszczam, że przygotuje się do ewentualnego starcia, w razie zagrożenia życia.
– No i idź do skrzydła szpitalnego. Zaraz zawołam Rae.
    Wyszedł. Głośny huk zamykanych drzwi, a go już nie ma. Skryłam twarz w dłoniach z irytacją.
Nie mógł sobie darować…
Gwiazdka:
    – Julia się już znalazła? Co z nią? – zapytałam z lekkim niepokojem. Swoją parę nóg pokierowałam w kierunku kanapy. Opadłam leniwie na skórzaną powierzchnię oraz zamknęłam oczy.
– Nic jej się nie stało – powiedzieli wszyscy chórem, jakby znali dokładny zarys rozmowy ze mną.
Westchnęłam zrezygnowana…
Czy oni na okrągło muszą kłamać? Jak zgaduję doznała jakichś obrażeń, a oni najzwyczajniej w Tamaranie nie chcą mi przekazać.
– No, jeśli nie chcecie mówić prawdy, to nie. Spokojnie, przecież nie będę jej przeszkadzać.
    Natychmiastowo wszyscy tu zebrani (Cyborg, Zielony i lider) przetransportowali między sobą zaskoczone spojrzenia i różnorodne reakcje.
Co oni sądzili? Nie jestem idiotką, od początku wiedziałam, że uważają mnie za delikatną. Jednak zawsze coś mnie powstrzymywało, od udzielenia się na ten temat.
    Uśmiechnęłam się z satysfakcją – dumnie patrzyłam na nich z góry.
– Skąd wiedziałaś? – ponownie zwrócili ku mnie fale niewiadomych grymasów i pytających spojrzeń.
– Po prostu, i tyle. A teraz pozwólcie, że udam się na posiłek.
    Nie czekając ani chwili dłużej, przeleciałam w prędkością petardy do kuchni i usiadłam na jednym z krzeseł. Spojrzałam na porządnie wyszorowaną powierzchnię blatu. Leżało tam kilka naleśników, polanych sosem czekoladowym, przyozdobionych bitą śmietaną. Czym prędzej wzięłam się za kosztowanie dania.
_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________ Brązowiastym kolorem zaznaczam grupę ludzi, mówiących naraz. Myślę, że tym razem nie ma tu aż tylu błędów, ale jeśli jednak coś znajdziecie, to napiszcie w komentarzu, co?? Nie jestem jakimś specjalistą, więc nie mam pojęcia, co tu jest źle, a co dobrze. W grupie bohaterów dodałam Caxi i zaznaczyłam Cristin w kolorystyce bohaterów. Ta… to nic wielkiego. Ale zawsze warto się pochwalić  ;-) .
Mawiają, że zanim rozpoczniesz wojnę,
lepiej wiedz, o co walczysz.
Cóż, kochanie, jesteś wszystkim, co uwielbiam,
Jeżeli miłość jest tym, czego potrzebujesz, zostanę żołnierzem. – The Cab : Angel with A shotgun
 

Rozdział 32 – Za wszystko ponosi się kare

10 kwi
Caxi:
Szłyśmy przez szary, ciągnący się między przecznicami, chodnik. Jego okafelkowana powierzchnia miejscami pobrudzona została śladami czerwonej cieczy. Gdzieniegdzie walały się szklane butelki lub też pozostałości po nich. Słabo migoczące lampy oświetlały nasze niewielkie sylwetki. Przyjemny mrok otaczał mnie i ją dookoła, a niebo imponowało swoją nieskończoną ilością bijących blaskiem gwiazd.
– A więc gdzie idziemy? – zapytała Callia ciekawsko, obdarzając mnie swoimi zamaskowanymi oczyma. Miała na sobie czarne leginsy, ciemnogranatową kurtkę, którą rozpięła. Spod skórzanego materiału dało się zauważyć miętowy podkoszulek. Na nosie ciemne okulary przeciwsłoneczne. Włosy powiewały jej na wietrze, pewnie szła przed siebie.
– A gdzie chcesz – odpowiedziałam, machając od niechcenia ramionami. Poprawiłam zasłaniającą widok grzywkę i naciągnęłam rękawy bluzy, szczelniej okrywając dłonie, gdyż kolejna fala silnego wiatru wstrząsnęła mną i zadrżałam.
– W takim razie może do tego baru – oznajmiła obojętnie i złapała za swoje ramiona nagłym ruchem. Jej zapewne też doskwierał chłód.
    Skręciłyśmy w stronę masywnych bloków, wyrastających spod ziemi. Wszystkie wyglądały identycznie – zaniedbane oraz stare. Stawiałam kolejno duże kroki, jakbym zaraz miała biec. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w ciepłym pomieszczeniu z grzejnikami, do których przylgnęłabym natychmiastowo. Poczułabym gorąco, rozlewające się po ciele – uśmiechnęłam się na tę cudowną myśl…
    W tej chwili błądziłyśmy w labiryncie wyblakłych ścian. Nikt nic nie mówił, więc jedynym co nam towarzyszyło to głucha cisza. Ja nie narzekałam, jednak miałam jedno istotne pytanie:
- Słuchaj, a kiedy ma się odbyć akcja? – założyłam ręce na biodra, nie przerywając szybkiego marszu.
- Może za trzy dni. O 17.00, pasuje? – mruknęła pod nosem, jakby  rozmyślała nad czymś usilnie. Nawet nie zwróciła uwagi na moje twierdzące pokiwanie głową. Nie wzięłam tego do siebie, mnie też często pochłaniają własne przemyślenia.
    Usłyszałam cichy szmer. Po tym głośny huk i tupot czyiś błyskawicznie chodzących stóp. Nawet towarzyszka podniosła, do tego czasu schyloną, głowę. Rozejrzała po otoczeniu czujnym wzrokiem…
- Coś tu nie gra – szepnęłam, ściskając pięści. Ciągły dźwięk zbliżał się w naszym kierunku i przybierał na sile. 
Ona na te stwierdzenie ponownie wytężyła swoje zmysły, patrolując uważnie.
- Lepiej stąd chodźmy – powiedziała ostrożnie i zaczęła biec szybciej, lecz bardzo ostrożnie. Powtórzyłam tę czynność.
    Omijałyśmy kolejne zakręty ciężkich, stabilnych murów wieżowców. Trafiłyśmy na ciemny zaułek skrzyżowanych ścian. Jak na zawołanie schowałyśmy się w ich ciemnym zaułku, przykryty grubą zasłoną cienia.
    Czemu my to w ogóle robiłyśmy? Po co uciekałyśmy? Przecież obie z łatwością pokonałybyśmy ulicznych złodziei…  
Jednak czułyśmy, że tu chodziło o coś więcej.
To było wyczuwalne, jak mgła w powietrzu…
Trzask i echo za moimi plecami. Odwróciłam głowę w kierunku muru z czerwonej cegły. 
     Niestety, jak na moje, lub jej, nieszczęście, za nami znajdował się typek w czarnym kostiumie, z wymalowanym: ,,X” na twarzy. Czerwony…
- Witam panie – uśmiechnął się kpiąco. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo miał przecież maskę.
Zmarszczyłam zdenerwowana brwi. Tu musiało chodzić o coś więcej… Jeśli sam X przychodzi wykonać zlecenie Sleada jest źle. Bardzo źle.
- Czego?! – krzyknęła C, widząc nóż w jego ręce. 
- Deathstrok domyślił się wszystkiego. Twojej zdrady… Teraz niestety będę musiał cię zabić – odrzekł w pełni spokojny, choć zauważyłam w nim cząstkę buntu. –  A szkoda, bo fajnie się z tobą pracowało.
    Właśnie w tej chwili rzucił się na nią. Za to Blondwłosa w tempie natychmiastowym wyjęła sztylet z kieszeni. Zawsze przygotowana…W sumie ja też.
    Pobiegłam z pomocą i wyciągnęłam sai zza schowka na plecach. Zaczęłam atak…
Jednak tylko przez pewien okres czasu udało mi się zaciekle walić ostrzem, niedługo potem przeciął mi kolano, które zakrwawiło mocno. Opadłam na ziemię, łapiąc kolejno ciężkie oddechy. Zobaczyłam przede mną dwie osoby walczące zaciekle.
    C po woli zaczynała przegrywać.
I właśnie teraz przestępca uczynił coś, czego nikt się nie spodziewał…
Niespodziewanie spod swojego pasa z bronią wyjął małą strzykawkę, wypełnioną całościowo oraz wstrzyknął jej zawartość w ramię Calli. Ona natychmiastowo opadła na ziemię.
    Czy to trucizna?  A może po prostu płyn usypiający? 
Lekko obolała ruszyłam w jej stronę.  W mgnieniu oka wzięłam na ramiona i zaczęłam uciekać. Nie miałyśmy szans w tej walce.
Choć walczyłyśmy dwie, a on sam…
  Już zaprzestał pościgu. Ale dlaczego? Przecież z łatwością dogoniłby wleczącą drugie ciało, ranną dziewczynę. A może chodziło mu o zaostrzenie zmysłów, stwarzanie pozorów?
   - Już możesz mnie puścić, wszystko w porządku – usłyszałam znieczulony i wyraźnie zaspany głos. Położyłam jej wiotkie ciało na lodowatym betonie. Zgięła się, a na jej twarzy rozkwitł grymas bólu. Dopiero co spostrzegłam jej liczne rany. Dosyć głęboka znajdowała się na jej prawym ramieniu. Chciałam przejść do udzielania pomocy, lecz ona zaprzeczyła cichym szmerem.
- Nie trzeba – odpowiedziała. – Dzięki za pomoc, lepiej opatrz swoje kolano. Nic mi nie jest – z trudem podniosła się do pozycji stojącej, uporczywie łapiąc zapasy tlenu.
    – Przestań, wyglądasz nie najlepiej. Nie dasz rady dotrzeć do domu. Jak chcesz mogę zaoferować ci nocleg. U mnie – oznajmiłam, z lekkim zaniepokojeniem. Mimo iż jestem kryminalistą, potrafię udzielić pomocy.
  Ona zaczęła zastanawiać się usilnie. Jej umysł pracował na pełnych obrotach, co można było wywnioskować po skupionej mimice.
- Dobrze – przetarła oczy ze zmęczenia. Na ułamek sekundy powieki przymknęły jej się. Gwałtownie otworzyła je i powróciła to pełni świadomości. – Ale tylko na chwilę.
  Pokiwałam  twierdząco głową. Obie ruszyłyśmy przez ulicę w stronę tarczy księżyca.
_________________________________________________________________________________________
I co, zaskoczyłam was? Bo ja siebie tak, i to bardzo  :mrgreen: . W ciągu jednego dnia napisałam nowy rozdział i jestem z siebie dumna. Choć nie jest zbytnio długi, to w okresie jednego dnia to całkiem sporo. Myślę, że się podoba  ;-) .